wtorek, 15 kwietnia 2014

Początek wszystkiego.

...
 -Halo???
 -Cześć pedale, gdzie jesteś? 
 - W drodze.
 -Coś więcej?
 -Siedzę w 6 (tramwaj), za chwilę będę na Wojska Polskiego, bo na światłach stoję.
 -O, stary, to dobrze. Bo sprawa jest i Cię potrzebuję...
 -Co znowu?
  -Bo znajomy potrzebuje towa...
  -Stary, nie mogę! Mam 51% nieobecności w szkole, muszę chodzić, grozi mi wyrzucenie, dziś nie mogę...
  -Jak to kurwa nie możesz?! Potrzebuję Cię! I masz kurwa być za 15 minut obok Biedronki. -przerwano połączenie-
 Janek wysiadł z tramwaju i przez pięć minut myślał, co zrobić. Po namyśleniu się, postanowił iść do szkoły... Ale jego plany nie wypaliły, za przejściem dla pieszych dorwał go Arek z znajomymi.
 -Oj Januś, Januś, czy ty serio po polsku nie rozumiesz?
 -A Ty?! Jak nie przyjdę do szkoły to mnie wypierdolą! ZROZUM BARANIE! -Arek popchnął Jana na ścianę budynku-
 - Słuchaj, masz dwa wyjścia, albo idziesz ze mną i sprzedamy ten towar, albo się nie zgadzasz i twoja mamusia będzie musiała Cię odwiedzić w szpitalu. Moi koledzy się już o to postarają, więc lepiej przemyśl to jeszcze raz. 
   -No dobra! - Rzucił bez zastawienia Jan - Ale to będzie szybka akcja, bo muszę być w szkole.
   -No widzisz? Można? Można! -z lekkim uśmiechem an twarzy wypowiedział Arkadiusz-
   - Ale na 9:15 mam być w szkole...
   -Dobra, kurwa nie sraj, sam Cię pod nią zawiozę.
   -Ale na pewno? 
   -Przyrzekam na swoją matkę.
   -Ale twoja matka nie żyję, sam ją zajebałeś...
   -No właśnie -W tej chwili czoło naszego bohatera zalał pot-
   -Dobra, no to jedziemy, nie ma czasu do stracenia.
Cała czwórka wsiadła w czarnego golfa IV i pojechali, ale po drodze Arek stwierdził, że jest głodny i mogliby wpaść do MC.
  -Kurwa, serio?! -wykrzyczał "lekko" poirytowany Janek-
  -Od wczoraj nic nie jadłem, więc zamknij ryj i pilnuj auta.
  -Dobra! idź, ale sprężaj ruchy!
  -Co Ty taki agresywny się zrobiłeś Janku?
  -Bo mnie wkurwiasz, napadasz mnie w drodze do szkoły, grozisz mi, a teraz idziesz do pieprzonego Magtonalda! 
  -Dobra, dobra, rozumiem... Chcesz coś? -Jan groźnie spojrzał na Arka- Nie... Dobra, nie to nie. A wy? -jeden z tych debili z tyłu machnął ręką na znak, że nie są głodni- Dobra, nie to nie, sam zjem.
 -Spierdalaj już do tego jebanego MC, czas to pieniądz! -Arek wysiadł z auta i wszedł przez drzwi, nie było go 10 minut- Wiecie, gdzie ma być wymiana? -Jan nie doczekał się odpowiedzi- Dobra, nie musicie nic mówić... (pominę to całą drogę do miejsca, w którym ma dojść do wymiany)
    Auto zatrzymało się przy wielkim starym domu, z dużym ogródkiem, basenem. Brama wjazdowa się otworzyła, auto wjechało na wielki parking z żółto-czarnych kostek ułożone w szachownice, co wyglądało dość niecodziennie... Ale kto bogatemu zabroni?!
  -Janek, wysiadamy 
  -A oni? 
  -Co, oni? Oni zostają, żeby nic nie stało się z samochodem.
  -Aaa.. Czyli, że my idziemy a Ci idioci zostają w tym gracie?
  -Kurwa, tylko nie gracie... Te auto jest ze mną odkąd zacząłem się bawić w te całe dilerowanie. I będzie ze mną aż do śmierci.
  -Jesteś popierdolony... -Jan wyszedł z golfa- Kochasz to auto bardziej niż dziewczynę...
  -Bo moja dziewczyna to kurwa i się puszcza szmata, a moje auto mnie nie zdradza. -Na przeciwko rozmawiających John'a i Arka otworzyły się wielkie białe drzwi-
  -To On? -zapytał Jan-
  -Tak, to nasz kupiec. -Z domu wyszedł staruszek z bardzo radosnym wyrazem twarzy, jego młoda dziewczyna, ubrana w strój kąpielowy i dwóch ochroniarzy-
  -Teraz Ty siedzisz cicho, a ja będę mówił -Burknął pod nosem wielki pan Diller- Jan był bardzo niespokojny, ale starał się tego nie okazywać, bo to mogłoby znaczy, że towar jest słaby... mogło to znaczyć, że coś ukrywa...
  -Wita... -Staruszek natychmiast przerwał-
  -Dobra, przejdźmy do rzeczy, bo plecy mnie bolą, a czasu nie mam. -Arkadiusz pobiegł do auta, otworzył bagażnik, wyciągnął wielką czarną reklamówkę... Chyba wiadomo co było w środku- Zapraszam do środka -powiedział-
 -Do domu -Zapytał Jan- Ale... Ale... Ja -Wzrok Arka mówił "Nie radzę odmawiać- Do domu, ok, nie ma sprawy, dobra... Do domu... -Weszli przez wielki garaż. Sam garaż był trzy razy większy niż pokój Janka, który nie ukrywał, że jest zafascynowany pomieszczeniem- Zajebisty! Też chciałbym taki mieć! -wykrzyczał podniecony jak nigdy Janek- 
 - Hahahahahahahahahahaha -Właściciel domu zaczął się śmiać- Może kiedyś się dorobisz!
 -Chciałbym -burknął Januś- 
 -Możemy przejść do wymiany -zapytał grzecznie Arek-
 -Tak, tak. Już! Zyguś, przynieś towar! -posłał jednego z goryli po... narkotyki...- Ile tam masz? Hę?
 -10 koła
 -10 koła? Mało trochę, mało...
 -No co ja poradzę, auta się nie sprzedają...
 -Darek...
 -Arek!
 -Dobra, Darek, słuchaj... Umawialiśmy się an 15 tysięcy...
 -No prawda, ale...
 -Ale...
 -No auta się słabo sprzedają.
 -Kurwa, a jak Ci nie stanie przy dziewczynie to powiesz jej, że nie jest wystarczająca na to żeby stanął Ci ten mały ptaszek?!
 -Nie...
 - Dobra, nie wkurwiaj mnie, bo jestem już zdenerwowany! -Staruszek otworzył bagażnik swojego Mercedesa, w którym była masa białych tabletek i proszku- 10 tysięcy... dwa worki aspiryny  i worek proszku do pieczenia -rzucił żartobliwie klient-
 - Dobra -Arek chyba był zawiedziony i liczył na więcej towaru- Dobra!
       Wymiana idzie całkiem nieźle, dwaj debile pojechali autem, Olaf  (tak nazwałem kolesia z wielkim garażem i ostrą laską) załadował co miał załadować do golfa, a ten kretyn Aruś dał pieniądze. Czas też był całkiem, całkiem. Miałem jeszcze godzinę do rozpoczęcia lekcji. Tak, wiec wyjechaliśmy na ulicę, gdy przed nami wyrósł radiowóz. Spanikowany Arek wycofał, ale z tyłu  była tylko zamknięta brama wjazdowa, więc spróbował wyminąć wóz policyjny, ale mu się nie udało. Zderzyliśmy się, trzeba było wyjść z auta i uciekać na pieszo, ale nie było gdzie... Jan znajdował się w dzielnicy, gdzie nie było parku, krzaków... Wszędzie tylko beton i asfalt. Ale wszyscy biegli ile tylko było sił w nogach i na ile pozwalały płuca. Ale za rogiem czaili się antyterroryści, Jan staranował jednego. Ale to na nic! Jego próbę ucieczki udaremnił paralizator. Jan padł na ziemie i zaczął się trząść, jakby dostał ataku padaczki. Obraz w ochach bohatera zaczął zanikać, czuł tylko jak ktoś zakuwa go w kajdanki i podnosi go z ziemi...


  

  

  
  
   
  

środa, 12 marca 2014

No nie wiem, może poinformuję was o moim nowym projekcie ♥.

  Zacznę od tego, że ta opowieść będzie opowiadać, o... Wiem, że się boicie, nie dziwie się, po tym co ostatnio pisałem, też bym się bał :). Ale spokojnie, będę tutaj pisał historię 19 latka, który uzależniony jest od narkotyków, no i ogólnie ma chujowe życie, zdradzić mogę tylko tyle, że tak mu utrudnię tutaj życie, że mało kto by się nie załamał.
 W tym punkcie opiszę wam naszego głównego bohatera, jest nim chłopak, ma na imię Jak, ale można mówić na niego Janek. Jak już pisałem wcześniej ma 19 lat, czyli jest w 3 klasie technikum. Janek nie uczy się dobrze, ale źle też nie jest. Jakoś ciągnie. Ale jego życie zmieniło się, gdy zaczął brać narkotyki. Popadł w nawyk przez byłą dziewczynę i najlepszego przyjaciela . Bo to wszystko było tak, że dziewczyna zerwała z nim, dla jego najlepszego kumpla, a gdy Jan się o tym dowiedział zerwał kontakty z nim i dziewczyną. Miesiąc po zerwaniu zaczął naukę w szkole średniej. Poznał tam nowych przyjaciół, ale nie tylko. Bo w tej szkole, a poszedł do szkoły Energetycznej, która słynie z narkotyków... No... rozumiecie. Po prostu byli tam dilerzy, którzy na początek zaopatrywali go w trawkę. Z biegiem czasu, trawka zmieniła się w coś mocniejszego. Reszty dowiecie się z biegiem czasu i z kolejnymi odsłonami moich wypocin ;-;...


                                                             Początek wszystkiego


 Do śmierdzącego potem, alkoholem i fajkami pokoju wchodzi mama Janka. Stojąc w progu pokoju wahała się czy wejść do środka, czy jednak zostawić Jana w spokoju. Ale ostatecznie postanowiła wejść.
-Janek, wstawaj, jest siódma rano, spóźnisz się na lekcje.
-Zamknij ryj. I daj mi spać!
-Coś ty powiedział?
-Przepraszam mamo, już wstaję, daj mi tylko jakieś dwie godzinki na ogarnięcie się.
-Co?
-Półgodziny!
-Piętnaście minut!
-Dobra, wyjdź! Mama wyszła, Janek otworzył oczy, aby upewnić się, czy nikogo nie ma w pokoju. Po czym wstał z wyra i ubierając się w pośpiechu mruczał pod nosem coś w stylu, sama kurwa sobie wstawaj o siódmej rano i sama tłucz się tym jebanym tramwajem i jebanymi autobusami, do tej pierdolonej szkoły jak jesteś taka mądra. Wyszedł z pokoju, po drodze do kibla wywalił się o kota
-Kuuuuurwa mać!
-Co się stało synu -spytał ojciec
-Ten posrany kot znów leży na środku korytarza, jak jakieś gówno. Zabić się o niego można. -wykrzyczał wkurwiony Janek.
-No to patrz pod nogi jak idziesz -odpowiedział ojciec jakby śmiejąc się z młodego.
-Sam kurwa patrz pod nogi ślepy skurwysynu - burknął pod nosem bohater idąc w stronę toalety.
-Coś powiedział?!
-Miłego dnia tatusiu! Krzyknął idąc do toalety, sam nie wiedząc czemu to powiedział. Może dlatego, że wczorajszy towar jeszcze nie przestał działać. (Pominę resztę czynności takich jak, walenie konia, mycie zębów, śniadanko, opiernicz od sąsiadki o hałasy wieczorem.)
 Nasz bohater był już w drodze do szkoły, na ostatniej prostej przed przystankiem szkolnym. Dzielił go od szkoły ten jeden przystanek. Ale zadzwonił do niego telefon, Jan odbiera go i...

niedziela, 9 marca 2014

Studio, pizza i przyjaciele - Niespodzianka!

... Tak ich słucham i zastanawiam się, czy to studio, czy psychiatryk, bo ściany są białe, mało okien, a jak jest jakieś to już z kratą. To pewnie tak w razie czego, jakby Chester miał ochotę wyskoczyć przez okno... Nie no, jaja sobie robię, Chester prędzej by je wysadził. Przypomniało mi się jak byliśmy z chłopakami na urlopie w Indiach... Co, co się dzieje?! Czemu Brad wychodzi?! I czemu zabiera moją czapkę z daszkiem, którą dostałem na urodziny od mamy?!
  - Brad! Wróć się, to moja czapka. Co ty sobie wyobrażasz?! I wychodzisz, a się ze mną nie pożegnasz. Ładnie to tak?
  - No, przepraszam stary, ale śpieszę się. Serio, nie mam czasu, później ci wytłumaczę. A, czapkę pożyczam, ale oddam. W jednym kawałku, przynajmniej się postaram!
 Kurde, to już trzecia czapka w tym tygodniu. I trzeci raz tak znika, a gdy wraca to bez czapki. Nie wiem co się z nim dzieje. Cały dzień siedzi cicho, a nagle się zrywa i wybiega. Chester, on też nie lepszy. Ostatnio pożyczył sobie ode mnie piłę łańcuchową, oddał. No, ale tępą. Nie wiem co on ciął, Beton czy znaki drogowe, bo jak oddawał nic nie powiedział. Tylko Joe i Rob sobie nie nagrabili. Oni są nawet ostatnio zbyt mili. Po tym jak Joe wysmarował mi siedzenie w samochodzie masłem orzechowym i spuścił powietrze w tylej oponie... Chyba zrozumiał, że kolejny wybryk może kosztować go życie. O, o wilku mowa! Jak zwykle, wchodzi z żarciem. Co... co on ma?! Lazania, nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem lazanie.
  Rob: Co tam masz?
  Joe: Papu
  Chester: Papu powiadasz?!
  Rob: A ten tylko je i je. 
  Joe: Ej! Mówisz na mnie, a sam nie jesteś lepszy. Jak ostatnio byliśmy w barze mlecznym, to...
  Rob: Zamknij się! To tajemnica!
  Joe: To zjadł 10 talerzy zupy mlecznej!
  Chester: Ha! wiedziałem, że nie wytrzymasz na diecie! Cienias! Hahahahahahaha. Wyskakuj z dychy!
  Rob: Już nie żyjesz!
  Chester: Nie gadaj, tylko dawaj!
  Joe: No właśnie. I wisisz mi za burgera, co kupiłem Ci na stacji paliwowej.
  Chester: Oj, Robcio, Robcio. Ciekawe co powiesz lekarzowi.
  Rob: Nie moja wina! To jedzenie tak pachnie!
  Joe: Tak, tłumacz się.
  Ja: No właśnie, a brzuszek rośnie, powiem więcej. Ostatnio zastanawialiśmy się z Mike'iem czy nie jesteś aby w ciąży.
  Chester: Chyba z lodówką i tosterem.
  Rob: Dzięki! Wielkie dzięki!
  Joe: Nie ma za co.
Chester dostał wiadomość.
  Chester: Dziewczyny, nie zgadniecie!
  Joe: Dostałeś wiadomość?
  Chester: Skąd wiedziałeś?!
  Rob: Masz włączony dźwięk w telefonie.
  Ja: Otóż to.
  Chester: Zgadnijcie kto napisał!
  Rob: Mike?
  Chester: Nie, to wiadomość o tym, że kończy mi się ważność konta.
  Joe: Co?
  Ja: Też tego nie rozumiem.
  Chester: Dobra, macie racje. To Mike.
  Ja: No i co?!
  Chester: Pisze, że jest na zewnątrz. I, żeby Rob nic nie jadł. Bo idziemy na kolację. 
  Rob: Fajnie. Nawet Mike.
  Chester: I pisze, że mamy wszyscy wyjść na dwór.
  Joe: Po co?
  Chester: Bo kupił nową kanapę.
  Joe: No i co?
  Chester: Musimy ją jakoś wnieść?
  Rob: Czemu my?
  Ja: Ty zajmij się żarciem. A robotę zostaw nam. 
  Rob: Nie. Pomogę wam.
  Joe: Tak, i znów będziesz płakał, że bolą cię plecy?
  Rob: No bo bolą!
  Chester: Bo kurwa jesz za dużo!
  Rob: No i dobrze, przynajmniej nie jestem chudy! A tak w ogóle to dziewczyny lubią postawnych facetów.
  Joe: Przypakowanych, a nie grubych.
  Rob: Jeszcze słowo! A wsadzę Ci pałeczki tak głęboko, że wyjdą Ci nosem!
  Joe: Dobra. Przekonałeś mnie.
  Chester: To będziemy tak gadać, czy idziemy wnieść tę pieprzona kanapę? 
  Ja: No właśnie!
No to idziemy, ale coś mi nie pasuje. Bo Mike'a nie ma cały dzień, Brad wychodzi, tu coś śmierdzi, a Joe nie pierdnął. Chyba nie.
  -Joe?
  -Tak?
  -Puściłeś bąka?
  -Nie.
No, tak myślałem. Ale.. chwila... Nie! Mike, co on ze sobą przytargał?!
  Chester: Co to do cholery jest?!
  Mike: Kanapa?
  Chester: Widzę, ale co, jak, do cholery, jaki ona ma kolor!
  Mike: Różowy.
  Chester: No właśnie różowa kanapa w jakieś konie.
  Otis: Koniki.
  Chester: Koniki?!
  Mike: Koniki.
  Anna: Tak, koniki. Piękna nie prawda? 
  Chester: Czy ja coś mówię? Nie, będziemy mieli w studiu różową kanapę w koniki. Mi pasuje,a wam chłopaki?
  Joe: Mam być szczery?
  Mike: Lepiej nie.
  Joe: Bardzo ładna ta kanapa. 
  Ja: Nie, no ja powiem tak. Odlotowo, pasuje do naszego stylu gry. Ostry.. No... Wiecie?!
  Chester: Zajebi...
  Mike: Chester, Otis..
  Chester: Zajeiknsaije, kanapa jak kanapa.
  Joe: Mike, musisz być z siebie zadowolony.
  Mike: I to jak.
  Anna: Dobra, kochanie. Musimy lecieć. 
  Mike: No właśnie chłopaki, muszę lecieć. 
  Ja: Ale, dopiero.
  Anna: Kochanie...
  Mike: No, wiesz FiFi...
  Ja: Rozumiem.
Nagle wpadł Brad w przebraniu konia. Zgadnijcie... 
 Brad: O cześć Mike!
 Mike: Cześć :)
 Otis: Wujek Brad Konik!
 Brad: Fajne przebranie nie, młody?
 Otis: Tak, Zajeiknsaije.
 Anna: Chester. Zabiję Cię.
 Chester: Czyli, że! Joe. Biegnij do auta. Odpal silnik.
 Joe: Po co?
 Chester: Leć, masz kluczyki!
 Mike: Brad, mówiąc koń, miałem na myśli prawdziwego konia! 
 Brad: A, ja myślałem, że.. I, Boże.. 
 Mike: Dobra chłopaki. Brad, wyskakuj z wdzianka i pomóż wnieść wyrko do środka, a tak... Gdzie Rob?
 Ja: Chyba twoje papu już...
 Joe: Wiem. Dlatego zjadłem po drodze. 
 Mike: O co...
 Joe: Nie ważne.
 Brad: Dobra, to co wnosimy?
 Chester: To ja, może... Pójdę już do środka zrobić miejsce?
 Anna: Może, lepiej tak zrób.
 Mike: No to chłopaki, trzy... czte... ry!
Dobra, kanapa wniesiona. Ale, gdzie jest Rob, nie ważne, nie chcę wiedzieć. Już dość niespodzianek na ten dzień. 
  Mike: Fifi! Coś Ty zrobił z moją gitarą!
O cholera! Tak właśnie wygląda nasze codzienne życie, może nie tak dokładnie, ale... no. To my, cała magiczna szóstka, albo po prostu Linkin Park. 
 Mike: Czemu ta gitara, jest cała pogryziona?!

                   Koniec

sobota, 15 lutego 2014

Studio, pizza i przyjaciele.

 Minęło pięć minut a już nie ma pizzy, tylko Chester mieli ostatni kawałek hawajskiej jakby chciał na zrobić na złość. Patrzy mi się w oczy lekko uśmiechnięty delektując się jedzeniem - "mmm ale pyszne, na prawdę zajebista". Ale zauważył, że mnie to nie rusza, więc popędził na kanapę w stronę Rob'a i usiadł blisko niego - "Rob, czujesz ten zapach?! wziął gryza patrząc się mu w oczy, ale pyszna, chciało by się więcej, ale chwila ! ja mam jeszcze więcej, schowałem ostatni kawałek pod kartonami !" Chester widzi, że jesteśmy najedzeni patrzy się na nas z niedowierzaniem - "Chłopki, co jest do cholery grane ? Nikt nie chce mojego kawałka pizzy ?! Nikt ?! Brad! Rob? Dave?! Nikt! Jesteście okrutni! Bardzo źli, bardzo, bardzo! bardzo!". Tak go słucham i nachodzi mnie ochota.. odbiło mi się. Brad patrzy się na mnie tymi swoimi oczami i uśmiecha się jak zawsze. 
  - Chcesz zrobić walkę na beknięcia?
  - Nie, wiesz. Nie mam za bardzo na to ochoty.
  - Dobra, rozumiem. No ale.. weź.
 Chester się na nas patrzy ze zdziwieniem "O nie, w tym studiu trzeba zachowywać się kultularnie" Rob poprawia Chestera " Kulturalnie". Chester wykrzyczał "tak jak powiedziałem kuluralnie!". Chester. Mówisz o kulturze, a przed chwilą sam puściłeś bąka. "No taaak.. puściiłem.. aaaale.. ten bąk był soczysty i miał pozwolenie naczelnej komisji puszczania bąków w studiu nagrań". Wszyscy patrzymy się na Chestera, a on na nas.
   Ch: No co ?
   R: Przecież coś takiego nie istnieje!
   B: No brawo!
   Ja: Ej, chłopaki..
   Ch: Od teraz istnieje!
   R: Tak?
   Ch: Tak!
   R: A dlaczego niby?!
   Ch: Bo ja tak powiedziałem!
   B: Cicho!
   Ch: Brad, do cholery nie uciszaj mnie!
   R: Właśnie, nie uciszaj go!
   Ch: No właśnie, Ej, Robert, ty się ze mną zgodziłeś?
   R: Tak! Ale ta komisja nie istnieje!
   Ch: Właśnie, że ist..
   B: Zamknąć się! Dostałem wiadomość od Mike'a!
   Ja: Co pisze ?!
   B: Że musiał jechać z Anną po nową lodówkę i jechali kupić nowy samochód.
   Ch: I mi o tym nie powiedział?!
   B: Żartowałem. Po prostu pojechali kupić coś Otisowi na urodziny.
   Ch: A no właśnie, chłopaki.. miałem wam przekazać, że Mike'a nie będzie z rana i mamy zacząć bez niego, a on potem dojedzie...

sobota, 8 lutego 2014

Studio, pizza i przyjaciele - w samo południe.

 Patrzę na Chestera i widzę, że jest "lekko zdenerwowany", gasi peta o barierkę i zbiega po schodach do auta, wiem, że jak dorwie kierowcę to to nie będzie zbyt miłe, więc idę za nim.
  - Chester, wiem, że jesteś zdenerwowany.. ale możesz być delikatny 
  - Spokojnie, ja jestem spokojny!
  - Ale Chester !
Koleś od pizzy zauważył wkurzonego Chestera, a jego twarz wyglądała jakby jakby miał się popłakać. 
  - Chester, ale bez agresji.
  - Czy ja w ogóle jestem agresywny ?
  - Dobrze, ale nie musisz się na niego wydzierać!
  - Dobrze Dave, będę z nim gadać spokojnie...
 "Te panie szofer, coś pan do cholery robił przez te pieprzone 95 minut ?! Bo ja tego nie rozumiem, dzwonie po pizzę i chcę zjeść pieprzoną pizze, ale z jakiego cholernego powodu, jakiś koleś mi jej nie dowozi na pieprzony czas!" Na szczęście udało mi się wkroczyć w odpowiednim momencie.
   - Spokojnie to tylko pizza.
   - Masz rację, to tylko jebana pizza, na którą czekamy już ponad półtorej godziny.
   - Dobra, stary idź sobie zapal, a ja to załatwię. Ok ?
   - Dobra.
 No i udało mi się, jak dobrze. Dla tego chłopaka ta sytuacja była chyba czymś dziwnym, bo stoi taki zdziwiony...
   - Ile płacę ?
   - Hmm..
   - Pytam się ile płacę.
   - A.. no tak, 15 $
   - Ale chwila.. ta pizza jest zimna.
   - Ale 15 się należy...
 Wyciągam z kieszeni portfel i płacę mu te 15 zielonych. 
   - Dobra niech stracę, oby te pizze były dobre, bo mój przyjaciel się do was przejedzie, a z nim nie ma żartów.. 
   - Dobrze, to wte-wtte-wttedy, na koszt-tt-t firmy.
 Uśmiecham się do chłopaka i klepnąłem go w ramię..
  - No widzisz! Jednak mój przyjaciel nie będzie zły.
  - Mam taką nadzieję. 
 Odwracam się i słyszę tylko pisk opon, chyba go niechcący przestraszyliśmy. Ale nic przecież strasznego się nie stało, no jakby nie znał naszego Chesterka na co dzień.. Akurat Chaz skończył peta.
   - Dobra, Dave, masz tę pizzę. W końcu coś zjemy.
   - No, zjemy, zjemy.
   - A dobre to chociaż? Czy wkroili tak klapki Kubota i zrobili ciasto z kota?
   - Pachnie dobrze, wygląda też nie najgorzej. Chyba jest dobra.
   - No ja cholera myślę, nie po..
   - "Nie po to czekamy półtorej godziny, aby.. bla, bla, bla.." Tak wiem.
 Chester by nie wytrzymał jakby nie wziął kawałka, jak to on. I tak mieli ten kawałek i mieli, aż w końcu weszliśmy na schody. Wtedy wypluł zawartość ust na schody.
   - Co się stało przyjacielu ?
   - Nie wiedziałem, że to takie dobre. - Po czym zaczął się śmiać. Akurat wchodziliśmy do Studio, gdy Joe nam śmignął przed oczami.. chwilka.. cofa się.. patrzy na kartony od pizzy, i.. tak zabiera z salami. Nawet się nie pożegnał, tylko uciekł.
 Weszliśmy już do chłopaków i Chaz kładzie pizze na stół. Brad i Rob rzucili się na nie jak na pizze, tak jak to robią za zwyczaj...
  

poniedziałek, 3 lutego 2014

Studio, pizza i przyjaciele - przedpołudnie

...
Pizza, gdzie ta pizza, jak za chwilę ten dostawca nie przyjedzie z tym żarciem, to z Chesterem zrobimy coś złego. Bo to jest tak, że ludzie, którzy czynią dobro zawsze zostają pokrzywdzeni, a my jesteśmy tacy. No dobra.. wczoraj.. wyrzuciłem papierek od Marsa na ulicę, ale tylko dla tego, że nie było śmietnika blisko mnie, ale to nie jest powód aby żarcie jechało półtorej godziny. Ej, ale chwila, kto to.. to Joe, Joe przyszedł do nas, i ma sushi, chyba się podzieli.
   Ja: Joe ! Ej, Joe, chodź tu !
   Joe: Dobra, za chwile podejdę, tylko powieszę kurtkę.
   Chester: Co.. jaka kurtka, kto przyszedł ?
   Ja: Joe przyszedł.
   Chester : Aaaa, i co z tego ?
   Ja: Ma żarcie.
   Ch: Żarcie powiadasz ?!
   Rob: Czy ktoś powiedział żarcie ?
   Ch: Tak, powiedziałem powiedziałem żarcie !
   R: Pizza już przyjechała ?
   Ja: Nie, Joe przyszedł..
   R : No i co z te..
   Ch: Joe przyniósł papu
   R : Ej, Joe !
   J : Taak.. ?
   R : Będziesz jadł te sushi ? Po co ja się pytam, przecież wiem, że nie.
   J : Wiesz.. jakby Ci to powiedzieć, te sushi leżało u mnie w aucie od trzech dni.
   Ch : Ha ! Wiedziałem ! Wiedziałem, że coś z tym żarciem jest nie tak !
 Biedny Robert.. coś, tak trochę, jakby mu nie smakowało.. chwilka, przełknął.. zrobił się czerwony.. I tak, chyba za chwilę stanie się coś bardzo złego.
  Rob: Przepraszam, muszę do toalety, w trybie natychmiastowym! - no i poszedł, a raczej poszedł, a raczej.. w sumie.. nie wiedziałem, że Rob potrafi tak szybko biegać. 
  Brad: O ! Joe, cześć stary, trochę mi się przysnęło, co się stało Robertowi ?
  J: Zjadł mojej sushi.
  B: A czemu..
  J: Bo to jest tak, że jestem głodny, a on jadł moje papu.
  Ja: Czyli..
  J: Tak, to jest dobre. Przed chwilą kupiłem.
  R: Chester, otwieraj ten kibel!
  Ch : Jestem zajęty !
  R : Ale ja muszę!
  Ch: A jak myślisz do cholery, ja nie muszę, poszedłem sobie tylko tak, na spacerek? Nie ! mam pilna potrzebę !
  J: Rob, ja żartowałem, te żarcie jest świeże hahahaha !
  R: Co ! Dlaczego, jak mogłeś !
To co się stało było do przewidzenia, Rob zaczął się wydziera, Joe zachowywał bezpieczną odległość od Rob'a, Brad się z tego wszystkiego  śmiał, a Chester, wyszedł z toalety z zdziwioną miną w stylu "Co tu się do cholery dzieje". Kurde, i to wszystko tylko dlatego, że głupia pizza się spóźnia.
 Naszła mnie nagle ochota na wyjście na świeże powietrze, a Chester chyba chciał zapalić, więc się go pytam - Idziesz na zewnątrz ? Chester kiwa głową "tak". - Dobra, to czekaj założę kurtkę - Ch: "Ta, spoko". Ubieram kurtkę, wychodzimy z tego całego studia i co widzimy ? Podjeżdża nasza limuzyna z pizzą...


     
  

niedziela, 2 lutego 2014

Wstęp : Studio, pizza i przyjaciele.

Cześć, jestem David, ale koledzy mówią do mnie Dave albo Phoenix. Jestem basistą  amerykańskiego zespołu rockowego, który nosi nazwę Linkin Park. Tak się składa, że teraz jesteśmy w studiu. Z chłopakami i pracujemy nad nowym kawałkiem, do naszej nowej płyty. Ale mamy lekkie opóźnienie z powodu Mike'a. Nie wiem co się z nim stało, że się spóźnia, i chyba nie chcę wiedzieć, bo lepiej nie wnikać. "To jest Mike, tego nie zrozumiesz". A wracając do tego, że mamy opóźnienie, pozwoliłem sobie zamówić pizze z chłopakami, bo jestem głodny, a nie zapowiada się abym szybko wyszedł z tego studia, a to wszystko odpowiedzialny jest kochany Mike.
  Tak w sumie pizza powinna być już 15 minut temu, ale kierowca chyba mnie nas w dupie. I nie jestem z tego powodu zadowolony, tak jak Chester, który lata po tym studiu jak opętany krzycząc "gdzie ta cholerna pizza, ja chcę jebaną pizze" i Rob, który jest nieco bardziej delikatny "Długo jeszcze mamy czekać ?!, szybciej byłoby piechotą". Ale chwila, jest coś co mnie dziwi.. Brad, on siedzi z dziwnym uśmiechem i nas wszystkich śledzi wzrokiem... Od czasu do czasu spoglądając na ekran swojego telefonu, śmiejąc się. Ale jak pytamy o co chodzi, to on odpowiada "nie nic, nic". Co jest dosyć dziwne.. Jak już widzicie, zapowiada się ciekawy dzień w pracy...