Minęło pięć minut a już nie ma pizzy, tylko Chester mieli ostatni kawałek hawajskiej jakby chciał na zrobić na złość. Patrzy mi się w oczy lekko uśmiechnięty delektując się jedzeniem - "mmm ale pyszne, na prawdę zajebista". Ale zauważył, że mnie to nie rusza, więc popędził na kanapę w stronę Rob'a i usiadł blisko niego - "Rob, czujesz ten zapach?! wziął gryza patrząc się mu w oczy, ale pyszna, chciało by się więcej, ale chwila ! ja mam jeszcze więcej, schowałem ostatni kawałek pod kartonami !" Chester widzi, że jesteśmy najedzeni patrzy się na nas z niedowierzaniem - "Chłopki, co jest do cholery grane ? Nikt nie chce mojego kawałka pizzy ?! Nikt ?! Brad! Rob? Dave?! Nikt! Jesteście okrutni! Bardzo źli, bardzo, bardzo! bardzo!". Tak go słucham i nachodzi mnie ochota.. odbiło mi się. Brad patrzy się na mnie tymi swoimi oczami i uśmiecha się jak zawsze.
- Chcesz zrobić walkę na beknięcia?
- Nie, wiesz. Nie mam za bardzo na to ochoty.
- Dobra, rozumiem. No ale.. weź.
Chester się na nas patrzy ze zdziwieniem "O nie, w tym studiu trzeba zachowywać się kultularnie" Rob poprawia Chestera " Kulturalnie". Chester wykrzyczał "tak jak powiedziałem kuluralnie!". Chester. Mówisz o kulturze, a przed chwilą sam puściłeś bąka. "No taaak.. puściiłem.. aaaale.. ten bąk był soczysty i miał pozwolenie naczelnej komisji puszczania bąków w studiu nagrań". Wszyscy patrzymy się na Chestera, a on na nas.
Ch: No co ?
R: Przecież coś takiego nie istnieje!
B: No brawo!
Ja: Ej, chłopaki..
Ch: Od teraz istnieje!
R: Tak?
Ch: Tak!
R: A dlaczego niby?!
Ch: Bo ja tak powiedziałem!
B: Cicho!
Ch: Brad, do cholery nie uciszaj mnie!
R: Właśnie, nie uciszaj go!
Ch: No właśnie, Ej, Robert, ty się ze mną zgodziłeś?
R: Tak! Ale ta komisja nie istnieje!
Ch: Właśnie, że ist..
B: Zamknąć się! Dostałem wiadomość od Mike'a!
Ja: Co pisze ?!
B: Że musiał jechać z Anną po nową lodówkę i jechali kupić nowy samochód.
Ch: I mi o tym nie powiedział?!
B: Żartowałem. Po prostu pojechali kupić coś Otisowi na urodziny.
Ch: A no właśnie, chłopaki.. miałem wam przekazać, że Mike'a nie będzie z rana i mamy zacząć bez niego, a on potem dojedzie...
sobota, 15 lutego 2014
sobota, 8 lutego 2014
Studio, pizza i przyjaciele - w samo południe.
Patrzę na Chestera i widzę, że jest "lekko zdenerwowany", gasi peta o barierkę i zbiega po schodach do auta, wiem, że jak dorwie kierowcę to to nie będzie zbyt miłe, więc idę za nim.
- Chester, wiem, że jesteś zdenerwowany.. ale możesz być delikatny
- Spokojnie, ja jestem spokojny!
- Ale Chester !
Koleś od pizzy zauważył wkurzonego Chestera, a jego twarz wyglądała jakby jakby miał się popłakać.
- Chester, ale bez agresji.
- Czy ja w ogóle jestem agresywny ?
- Dobrze, ale nie musisz się na niego wydzierać!
- Dobrze Dave, będę z nim gadać spokojnie...
"Te panie szofer, coś pan do cholery robił przez te pieprzone 95 minut ?! Bo ja tego nie rozumiem, dzwonie po pizzę i chcę zjeść pieprzoną pizze, ale z jakiego cholernego powodu, jakiś koleś mi jej nie dowozi na pieprzony czas!" Na szczęście udało mi się wkroczyć w odpowiednim momencie.
- Spokojnie to tylko pizza.
- Masz rację, to tylko jebana pizza, na którą czekamy już ponad półtorej godziny.
- Dobra, stary idź sobie zapal, a ja to załatwię. Ok ?
- Dobra.
No i udało mi się, jak dobrze. Dla tego chłopaka ta sytuacja była chyba czymś dziwnym, bo stoi taki zdziwiony...
- Ile płacę ?
- Hmm..
- Pytam się ile płacę.
- A.. no tak, 15 $
- Ale chwila.. ta pizza jest zimna.
- Ale 15 się należy...
Wyciągam z kieszeni portfel i płacę mu te 15 zielonych.
- Dobra niech stracę, oby te pizze były dobre, bo mój przyjaciel się do was przejedzie, a z nim nie ma żartów..
- Dobrze, to wte-wtte-wttedy, na koszt-tt-t firmy.
Uśmiecham się do chłopaka i klepnąłem go w ramię..
- No widzisz! Jednak mój przyjaciel nie będzie zły.
- Mam taką nadzieję.
Odwracam się i słyszę tylko pisk opon, chyba go niechcący przestraszyliśmy. Ale nic przecież strasznego się nie stało, no jakby nie znał naszego Chesterka na co dzień.. Akurat Chaz skończył peta.
- Dobra, Dave, masz tę pizzę. W końcu coś zjemy.
- No, zjemy, zjemy.
- A dobre to chociaż? Czy wkroili tak klapki Kubota i zrobili ciasto z kota?
- Pachnie dobrze, wygląda też nie najgorzej. Chyba jest dobra.
- No ja cholera myślę, nie po..
- "Nie po to czekamy półtorej godziny, aby.. bla, bla, bla.." Tak wiem.
Chester by nie wytrzymał jakby nie wziął kawałka, jak to on. I tak mieli ten kawałek i mieli, aż w końcu weszliśmy na schody. Wtedy wypluł zawartość ust na schody.
- Co się stało przyjacielu ?
- Nie wiedziałem, że to takie dobre. - Po czym zaczął się śmiać. Akurat wchodziliśmy do Studio, gdy Joe nam śmignął przed oczami.. chwilka.. cofa się.. patrzy na kartony od pizzy, i.. tak zabiera z salami. Nawet się nie pożegnał, tylko uciekł.
Weszliśmy już do chłopaków i Chaz kładzie pizze na stół. Brad i Rob rzucili się na nie jak na pizze, tak jak to robią za zwyczaj...
- Chester, wiem, że jesteś zdenerwowany.. ale możesz być delikatny
- Spokojnie, ja jestem spokojny!
- Ale Chester !
Koleś od pizzy zauważył wkurzonego Chestera, a jego twarz wyglądała jakby jakby miał się popłakać.
- Chester, ale bez agresji.
- Czy ja w ogóle jestem agresywny ?
- Dobrze, ale nie musisz się na niego wydzierać!
- Dobrze Dave, będę z nim gadać spokojnie...
"Te panie szofer, coś pan do cholery robił przez te pieprzone 95 minut ?! Bo ja tego nie rozumiem, dzwonie po pizzę i chcę zjeść pieprzoną pizze, ale z jakiego cholernego powodu, jakiś koleś mi jej nie dowozi na pieprzony czas!" Na szczęście udało mi się wkroczyć w odpowiednim momencie.
- Spokojnie to tylko pizza.
- Masz rację, to tylko jebana pizza, na którą czekamy już ponad półtorej godziny.
- Dobra, stary idź sobie zapal, a ja to załatwię. Ok ?
- Dobra.
No i udało mi się, jak dobrze. Dla tego chłopaka ta sytuacja była chyba czymś dziwnym, bo stoi taki zdziwiony...
- Ile płacę ?
- Hmm..
- Pytam się ile płacę.
- A.. no tak, 15 $
- Ale chwila.. ta pizza jest zimna.
- Ale 15 się należy...
Wyciągam z kieszeni portfel i płacę mu te 15 zielonych.
- Dobra niech stracę, oby te pizze były dobre, bo mój przyjaciel się do was przejedzie, a z nim nie ma żartów..
- Dobrze, to wte-wtte-wttedy, na koszt-tt-t firmy.
Uśmiecham się do chłopaka i klepnąłem go w ramię..
- No widzisz! Jednak mój przyjaciel nie będzie zły.
- Mam taką nadzieję.
Odwracam się i słyszę tylko pisk opon, chyba go niechcący przestraszyliśmy. Ale nic przecież strasznego się nie stało, no jakby nie znał naszego Chesterka na co dzień.. Akurat Chaz skończył peta.
- Dobra, Dave, masz tę pizzę. W końcu coś zjemy.
- No, zjemy, zjemy.
- A dobre to chociaż? Czy wkroili tak klapki Kubota i zrobili ciasto z kota?
- Pachnie dobrze, wygląda też nie najgorzej. Chyba jest dobra.
- No ja cholera myślę, nie po..
- "Nie po to czekamy półtorej godziny, aby.. bla, bla, bla.." Tak wiem.
Chester by nie wytrzymał jakby nie wziął kawałka, jak to on. I tak mieli ten kawałek i mieli, aż w końcu weszliśmy na schody. Wtedy wypluł zawartość ust na schody.
- Co się stało przyjacielu ?
- Nie wiedziałem, że to takie dobre. - Po czym zaczął się śmiać. Akurat wchodziliśmy do Studio, gdy Joe nam śmignął przed oczami.. chwilka.. cofa się.. patrzy na kartony od pizzy, i.. tak zabiera z salami. Nawet się nie pożegnał, tylko uciekł.
Weszliśmy już do chłopaków i Chaz kładzie pizze na stół. Brad i Rob rzucili się na nie jak na pizze, tak jak to robią za zwyczaj...
poniedziałek, 3 lutego 2014
Studio, pizza i przyjaciele - przedpołudnie
...
Pizza, gdzie ta pizza, jak za chwilę ten dostawca nie przyjedzie z tym żarciem, to z Chesterem zrobimy coś złego. Bo to jest tak, że ludzie, którzy czynią dobro zawsze zostają pokrzywdzeni, a my jesteśmy tacy. No dobra.. wczoraj.. wyrzuciłem papierek od Marsa na ulicę, ale tylko dla tego, że nie było śmietnika blisko mnie, ale to nie jest powód aby żarcie jechało półtorej godziny. Ej, ale chwila, kto to.. to Joe, Joe przyszedł do nas, i ma sushi, chyba się podzieli.
Ja: Joe ! Ej, Joe, chodź tu !
Joe: Dobra, za chwile podejdę, tylko powieszę kurtkę.
Chester: Co.. jaka kurtka, kto przyszedł ?
Ja: Joe przyszedł.
Chester : Aaaa, i co z tego ?
Ja: Ma żarcie.
Ch: Żarcie powiadasz ?!
Rob: Czy ktoś powiedział żarcie ?
Ch: Tak, powiedziałem powiedziałem żarcie !
R: Pizza już przyjechała ?
Ja: Nie, Joe przyszedł..
R : No i co z te..
Ch: Joe przyniósł papu
R : Ej, Joe !
J : Taak.. ?
R : Będziesz jadł te sushi ? Po co ja się pytam, przecież wiem, że nie.
J : Wiesz.. jakby Ci to powiedzieć, te sushi leżało u mnie w aucie od trzech dni.
Ch : Ha ! Wiedziałem ! Wiedziałem, że coś z tym żarciem jest nie tak !
Biedny Robert.. coś, tak trochę, jakby mu nie smakowało.. chwilka, przełknął.. zrobił się czerwony.. I tak, chyba za chwilę stanie się coś bardzo złego.
Rob: Przepraszam, muszę do toalety, w trybie natychmiastowym! - no i poszedł, a raczej poszedł, a raczej.. w sumie.. nie wiedziałem, że Rob potrafi tak szybko biegać.
Brad: O ! Joe, cześć stary, trochę mi się przysnęło, co się stało Robertowi ?
J: Zjadł mojej sushi.
B: A czemu..
J: Bo to jest tak, że jestem głodny, a on jadł moje papu.
Ja: Czyli..
J: Tak, to jest dobre. Przed chwilą kupiłem.
R: Chester, otwieraj ten kibel!
Ch : Jestem zajęty !
R : Ale ja muszę!
Ch: A jak myślisz do cholery, ja nie muszę, poszedłem sobie tylko tak, na spacerek? Nie ! mam pilna potrzebę !
J: Rob, ja żartowałem, te żarcie jest świeże hahahaha !
R: Co ! Dlaczego, jak mogłeś !
To co się stało było do przewidzenia, Rob zaczął się wydziera, Joe zachowywał bezpieczną odległość od Rob'a, Brad się z tego wszystkiego śmiał, a Chester, wyszedł z toalety z zdziwioną miną w stylu "Co tu się do cholery dzieje". Kurde, i to wszystko tylko dlatego, że głupia pizza się spóźnia.
Naszła mnie nagle ochota na wyjście na świeże powietrze, a Chester chyba chciał zapalić, więc się go pytam - Idziesz na zewnątrz ? Chester kiwa głową "tak". - Dobra, to czekaj założę kurtkę - Ch: "Ta, spoko". Ubieram kurtkę, wychodzimy z tego całego studia i co widzimy ? Podjeżdża nasza limuzyna z pizzą...
Pizza, gdzie ta pizza, jak za chwilę ten dostawca nie przyjedzie z tym żarciem, to z Chesterem zrobimy coś złego. Bo to jest tak, że ludzie, którzy czynią dobro zawsze zostają pokrzywdzeni, a my jesteśmy tacy. No dobra.. wczoraj.. wyrzuciłem papierek od Marsa na ulicę, ale tylko dla tego, że nie było śmietnika blisko mnie, ale to nie jest powód aby żarcie jechało półtorej godziny. Ej, ale chwila, kto to.. to Joe, Joe przyszedł do nas, i ma sushi, chyba się podzieli.
Ja: Joe ! Ej, Joe, chodź tu !
Joe: Dobra, za chwile podejdę, tylko powieszę kurtkę.
Chester: Co.. jaka kurtka, kto przyszedł ?
Ja: Joe przyszedł.
Chester : Aaaa, i co z tego ?
Ja: Ma żarcie.
Ch: Żarcie powiadasz ?!
Rob: Czy ktoś powiedział żarcie ?
Ch: Tak, powiedziałem powiedziałem żarcie !
R: Pizza już przyjechała ?
Ja: Nie, Joe przyszedł..
R : No i co z te..
Ch: Joe przyniósł papu
R : Ej, Joe !
J : Taak.. ?
R : Będziesz jadł te sushi ? Po co ja się pytam, przecież wiem, że nie.
J : Wiesz.. jakby Ci to powiedzieć, te sushi leżało u mnie w aucie od trzech dni.
Ch : Ha ! Wiedziałem ! Wiedziałem, że coś z tym żarciem jest nie tak !
Biedny Robert.. coś, tak trochę, jakby mu nie smakowało.. chwilka, przełknął.. zrobił się czerwony.. I tak, chyba za chwilę stanie się coś bardzo złego.
Rob: Przepraszam, muszę do toalety, w trybie natychmiastowym! - no i poszedł, a raczej poszedł, a raczej.. w sumie.. nie wiedziałem, że Rob potrafi tak szybko biegać.
Brad: O ! Joe, cześć stary, trochę mi się przysnęło, co się stało Robertowi ?
J: Zjadł mojej sushi.
B: A czemu..
J: Bo to jest tak, że jestem głodny, a on jadł moje papu.
Ja: Czyli..
J: Tak, to jest dobre. Przed chwilą kupiłem.
R: Chester, otwieraj ten kibel!
Ch : Jestem zajęty !
R : Ale ja muszę!
Ch: A jak myślisz do cholery, ja nie muszę, poszedłem sobie tylko tak, na spacerek? Nie ! mam pilna potrzebę !
J: Rob, ja żartowałem, te żarcie jest świeże hahahaha !
R: Co ! Dlaczego, jak mogłeś !
To co się stało było do przewidzenia, Rob zaczął się wydziera, Joe zachowywał bezpieczną odległość od Rob'a, Brad się z tego wszystkiego śmiał, a Chester, wyszedł z toalety z zdziwioną miną w stylu "Co tu się do cholery dzieje". Kurde, i to wszystko tylko dlatego, że głupia pizza się spóźnia.
Naszła mnie nagle ochota na wyjście na świeże powietrze, a Chester chyba chciał zapalić, więc się go pytam - Idziesz na zewnątrz ? Chester kiwa głową "tak". - Dobra, to czekaj założę kurtkę - Ch: "Ta, spoko". Ubieram kurtkę, wychodzimy z tego całego studia i co widzimy ? Podjeżdża nasza limuzyna z pizzą...
niedziela, 2 lutego 2014
Wstęp : Studio, pizza i przyjaciele.
Cześć, jestem David, ale koledzy mówią do mnie Dave albo Phoenix. Jestem basistą amerykańskiego zespołu rockowego, który nosi nazwę Linkin Park. Tak się składa, że teraz jesteśmy w studiu. Z chłopakami i pracujemy nad nowym kawałkiem, do naszej nowej płyty. Ale mamy lekkie opóźnienie z powodu Mike'a. Nie wiem co się z nim stało, że się spóźnia, i chyba nie chcę wiedzieć, bo lepiej nie wnikać. "To jest Mike, tego nie zrozumiesz". A wracając do tego, że mamy opóźnienie, pozwoliłem sobie zamówić pizze z chłopakami, bo jestem głodny, a nie zapowiada się abym szybko wyszedł z tego studia, a to wszystko odpowiedzialny jest kochany Mike.
Tak w sumie pizza powinna być już 15 minut temu, ale kierowca chyba mnie nas w dupie. I nie jestem z tego powodu zadowolony, tak jak Chester, który lata po tym studiu jak opętany krzycząc "gdzie ta cholerna pizza, ja chcę jebaną pizze" i Rob, który jest nieco bardziej delikatny "Długo jeszcze mamy czekać ?!, szybciej byłoby piechotą". Ale chwila, jest coś co mnie dziwi.. Brad, on siedzi z dziwnym uśmiechem i nas wszystkich śledzi wzrokiem... Od czasu do czasu spoglądając na ekran swojego telefonu, śmiejąc się. Ale jak pytamy o co chodzi, to on odpowiada "nie nic, nic". Co jest dosyć dziwne.. Jak już widzicie, zapowiada się ciekawy dzień w pracy...
Tak w sumie pizza powinna być już 15 minut temu, ale kierowca chyba mnie nas w dupie. I nie jestem z tego powodu zadowolony, tak jak Chester, który lata po tym studiu jak opętany krzycząc "gdzie ta cholerna pizza, ja chcę jebaną pizze" i Rob, który jest nieco bardziej delikatny "Długo jeszcze mamy czekać ?!, szybciej byłoby piechotą". Ale chwila, jest coś co mnie dziwi.. Brad, on siedzi z dziwnym uśmiechem i nas wszystkich śledzi wzrokiem... Od czasu do czasu spoglądając na ekran swojego telefonu, śmiejąc się. Ale jak pytamy o co chodzi, to on odpowiada "nie nic, nic". Co jest dosyć dziwne.. Jak już widzicie, zapowiada się ciekawy dzień w pracy...
sobota, 1 lutego 2014
Rozwinięcie cz II. i zakończenie.
...
- Ej, stary, totalnie Cię popierdoliło ?! Mogłem cie zabić ! I co w ogóle tutaj robisz ?!
- Ej, stary, totalnie Cię popierdoliło ?! Mogłem cie zabić ! I co w ogóle tutaj robisz ?!
- Ciii.. bądź cicho, bo nas usłyszy i zastrzeli. A jak przeżyjemy to Ci wszystko wytłumaczę. Ale teraz siedź cicho.
- Dobra, ale wytłumaczysz ?
- Tak, wytłumaczę
- Ale na pewno ?
- Tak na pewno..
- Ale nie robisz mnie w konia ?
- Słuchaj, jak się nie zamkniesz, to sam osobiście cię zatłukę !
- Dobra, już siedzę cicho.
Po tym "powitaniu" oboje siedzieliśmy cicho przez dłuższą chwilę. Nie wiem ile czasu spędziliśmy w tych krzakach, ale fakt, że capiło w nich szczynami, to było dobijające. Bo już sam nie wiedziałem co jest gorsze, umrzeć od kulki w łeb, czy udusić się w tym smrodzie... Starałem się jakoś to ignorować, ale to nie było łatwe. Modliłem się aby mój znajomy dał sygnał do wyjścia, ale ten czas się dłużył i dłużył i dłużył, a w końcu straciłem przytomność. Obudził mnie dotyk jego dłoni, zimnej dłoni, która nie pachniała zbyt przyjemnie. Ale to, że to jego dłoń.. Ten fakt.. Po prostu zorientowałem się po dłuższej chwili bełkotania.
Jak już w pełni odzyskałem świadomość to powiedział " Dobra, już poszedł, możemy wyjść". Tak więc oboje wyszliśmy z tych krzaków i obraliśmy kurs na przystanek autobusowy, który był 700m dalej. Tak w sumie to biegliśmy, ale to szczegóły. Wybiegaliśmy już z uliczki, gdy zza roku wyskoczył typ z bronią, a ja wiedziałem, wiedziałem, że w życiu nie ma tak łatwo. Chyba nas nie widział, ale jakimś trafem się wywróciłem i z kieszeni wypadł mi telefon, który uderzył w metalowy śmietnik. W tej chwili nie wiedziałem czy to moja głupota, czy tylko nieszczęście. Bo ten typ się na mnie spojrzał i wyciągnął broń. Pomyślałem, ta.. fajnie, jestem taki młody i umrę, a co tam. Przynajmniej nie umrę z głodu. Już całe życie przeleciało mi przed oczami, gdy mój przyjaciel podniósł mnie z ziemi i wrzucił mnie w śmietnik, po czym chwycił i zaczął z nim biec. Klapa się zamknęła i mało widziałem, ale poczułem jakby coś uderzyło w śmietnik. A po chwili gdy otworzyłem klapę i wyjrzałem na zewnątrz zobaczyłem, że jesteśmy już daleko od tamtego miejsca. Poczułem ulgę, ale to nie trwało długo bo gitarzysta wskoczył do tego śmietnika, wiedziałem, że coś się kroi. Tylko jeszcze nie wiedziałem co, ale po chwili wszystko stało się jasne. Zobaczyłem ulicę, której kąt nachylenia stawał się coraz większy. Powiedziałem wtedy słowa " Wiesz co, ja jestem posrany, ale Ty to po prostu nie mieścisz się w granicach, a jak zginiemy to własnoręcznie cię zatłukę, uduszę, podpalę i zakopię !", on tylko uśmiechnął się i spojrzał mi w oczy, jakby miał zrobić coś co zagraża mojemu życiu. I nie myliłem się, wjechaliśmy, o ile można to tak nazwać, naszym "Bat mobilem" na ruchliwą ulicę i jeszcze na czerwonym świetle. Jakimś cudem przejechaliśmy z góry na dół bez problemu. Pan mądry nie przewidział tylko jednego, że jedziemy zbyt szybko, a w końcu skończy się nam asfalt. Wiedziałem, że ten plan był dobry, ale nie wiedziałem, że przed nami jest jeden wielki dopływ rzeki. A my kierowaliśmy się prosto do wody, ale na szczęście były tam barierki.. a, nie jednak nie, barierki musiały być stare, bo jak w nie uderzyliśmy to wraz częścią wpakowaliśmy się do wody, spadaliśmy ze skarpy moment, a i zetknięcie z wodą trwało tez sekundy i było mniej bolesne niż myślałem. Ta stalowa puszka było wytrzymalsza, niż można było się spodziewać po wyglądzie... Dalej nic nie pamiętam, bo.. odleciałem, znowu. A obudziłem się w momencie, gdy już dopływaliśmy do brzegu. Cieszyłem się ogromnie, gdy z daleka widać było przystanek tramwajowy. A dzieliła mnie od niego tylko łąka.. wtedy się zamyśliłem. Ale i to długo nie trwało, bo dobiliśmy do brzegu. Wyleciałem z tego śmietnika jak poparzony i położyłem się na ziemię. "Pan Kreatywny" podszedł do mnie i usiał obok śmiejąc się.
- No i z czego się śmiejesz ?!
- Bo to nawet zabawne..
- Tak, bardzo zabawne !
- Zależy jak na to spojrzeć.
- Dobra, nie ważne.
- Masz rację. - Siedzieliśmy oboje przez chwilę w ciszy-
- Wiem, że grasz na gitarze. Ale nie wiem jak się nazywasz i dobrze byłoby znać twoje imię po tym co przeszliśmy. Nie uważasz ?
- Tak, masz rację. Nazywam się Brad.
- Tak więc Bradfordzie. Wiesz, musimy wpaść do jakiegoś sklepu z bielizną męską, bo stało się coś złego.
- Nie musisz nic mówić ( :D )
- I ostatnie pytanie, czemu ten koleś chciał cię zastrzelić i co się z nim zrobiłeś ?
- To było tak, że on handluje narkotykami i postanowiłem kupić trochę tego gówna co on sprzedaje i iść z tym na policję. A co to tego co mu zrobiłem.. Wiesz, potrąciłem go naszym śmietnikiem..
Co wydarzyło się potem, to jest jasne, wróciłem do domu W JEDNYM KAWAŁKU... I życie jakoś leci. Co do mojego znajomego i tej historii, nikomu jej nie odpowiedziałem. Postanowiłem to zachować dla siebie. Tak będzie bezpieczniej dla świata.
KONIEC
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)