sobota, 1 lutego 2014

Rozwinięcie cz II. i zakończenie.

...
- Ej, stary, totalnie Cię popierdoliło ?! Mogłem cie zabić ! I co w ogóle tutaj robisz ?!
- Ciii.. bądź cicho, bo nas usłyszy i zastrzeli. A jak przeżyjemy to Ci wszystko wytłumaczę. Ale teraz siedź cicho.
- Dobra, ale wytłumaczysz ?
- Tak, wytłumaczę
- Ale na pewno ?
- Tak na pewno..
- Ale nie robisz mnie w konia ?
- Słuchaj, jak się nie zamkniesz, to sam osobiście cię zatłukę !
- Dobra, już siedzę cicho.
 Po tym "powitaniu" oboje siedzieliśmy cicho przez dłuższą chwilę. Nie wiem ile czasu spędziliśmy w tych krzakach, ale fakt, że capiło w nich szczynami, to było dobijające. Bo już sam nie wiedziałem co jest gorsze, umrzeć od kulki w łeb, czy udusić się w tym smrodzie... Starałem się jakoś to ignorować, ale to nie było łatwe. Modliłem się aby mój znajomy dał sygnał do wyjścia, ale ten czas się dłużył i dłużył i dłużył, a w końcu straciłem przytomność. Obudził mnie dotyk jego dłoni, zimnej dłoni, która nie pachniała zbyt przyjemnie. Ale to, że to jego dłoń.. Ten fakt.. Po prostu zorientowałem się po dłuższej chwili bełkotania. 
 Jak już w pełni odzyskałem świadomość to powiedział " Dobra, już poszedł, możemy wyjść". Tak więc oboje wyszliśmy z tych krzaków i obraliśmy kurs na przystanek autobusowy, który był 700m dalej. Tak w sumie to biegliśmy, ale to szczegóły. Wybiegaliśmy już z uliczki, gdy zza roku wyskoczył typ z bronią, a ja wiedziałem, wiedziałem, że w życiu nie ma tak łatwo. Chyba nas nie widział, ale jakimś trafem się wywróciłem i z kieszeni wypadł mi telefon, który uderzył w metalowy śmietnik. W tej chwili nie wiedziałem czy to moja głupota, czy tylko nieszczęście. Bo ten typ się na mnie spojrzał i wyciągnął broń. Pomyślałem, ta.. fajnie, jestem taki młody i umrę, a co tam. Przynajmniej nie umrę z głodu. Już całe życie przeleciało mi przed oczami, gdy mój przyjaciel podniósł mnie z ziemi i wrzucił mnie w śmietnik, po czym chwycił i zaczął z nim biec. Klapa się zamknęła i mało widziałem, ale poczułem jakby coś uderzyło w śmietnik. A po chwili gdy otworzyłem klapę i wyjrzałem na zewnątrz zobaczyłem, że jesteśmy już daleko od tamtego miejsca. Poczułem ulgę, ale to nie trwało długo bo gitarzysta wskoczył do tego śmietnika, wiedziałem, że coś się kroi. Tylko jeszcze nie wiedziałem co, ale po chwili wszystko stało się jasne. Zobaczyłem ulicę, której kąt nachylenia stawał się coraz większy. Powiedziałem wtedy słowa " Wiesz co, ja jestem posrany, ale Ty to po prostu nie mieścisz się w granicach, a jak zginiemy to własnoręcznie cię zatłukę, uduszę, podpalę i zakopię !", on tylko uśmiechnął się i spojrzał mi w oczy, jakby miał zrobić coś co zagraża mojemu życiu. I nie myliłem się, wjechaliśmy, o ile można to tak nazwać, naszym "Bat mobilem" na ruchliwą ulicę i jeszcze na czerwonym świetle. Jakimś cudem przejechaliśmy z góry na dół bez problemu. Pan mądry nie przewidział tylko jednego, że jedziemy zbyt szybko, a w końcu skończy się nam asfalt. Wiedziałem, że ten plan był dobry, ale nie wiedziałem, że przed nami jest jeden wielki dopływ rzeki. A my kierowaliśmy się prosto do wody, ale na szczęście były tam barierki.. a, nie jednak nie, barierki musiały być stare, bo jak w nie uderzyliśmy to wraz częścią wpakowaliśmy się do wody, spadaliśmy ze skarpy moment, a i zetknięcie z wodą trwało tez sekundy i było mniej bolesne niż myślałem. Ta stalowa puszka było wytrzymalsza, niż można było się spodziewać po wyglądzie... Dalej nic nie pamiętam, bo.. odleciałem, znowu. A obudziłem się w momencie, gdy już dopływaliśmy do brzegu. Cieszyłem się ogromnie, gdy z daleka widać było przystanek tramwajowy. A dzieliła mnie od niego tylko łąka.. wtedy się zamyśliłem. Ale i to długo nie trwało, bo dobiliśmy do brzegu. Wyleciałem z tego śmietnika jak poparzony i położyłem się na ziemię. "Pan Kreatywny" podszedł do mnie i usiał obok śmiejąc się.
- No i z czego się śmiejesz ?!
- Bo to nawet zabawne..
- Tak, bardzo zabawne !
- Zależy jak na to spojrzeć.
- Dobra, nie ważne. 
- Masz rację. - Siedzieliśmy oboje przez chwilę w ciszy-

- Wiem, że grasz na gitarze. Ale nie wiem jak się nazywasz i dobrze byłoby znać twoje imię po tym co przeszliśmy. Nie uważasz ?
- Tak, masz rację. Nazywam się Brad.
- Tak więc Bradfordzie. Wiesz, musimy wpaść do jakiegoś sklepu z bielizną męską, bo stało się coś złego.
- Nie musisz nic mówić ( :D )
- I ostatnie pytanie, czemu ten koleś chciał cię zastrzelić i co się z nim zrobiłeś ?
-  To było tak, że on handluje narkotykami i postanowiłem kupić trochę tego gówna co on sprzedaje i iść z tym na policję. A co to tego co mu zrobiłem.. Wiesz, potrąciłem go naszym śmietnikiem..


Co wydarzyło się potem, to jest jasne, wróciłem do domu W JEDNYM KAWAŁKU... I  życie jakoś leci. Co do mojego znajomego i tej historii, nikomu jej nie odpowiedziałem. Postanowiłem to zachować dla siebie. Tak będzie bezpieczniej dla świata.


                                                                KONIEC

2 komentarze:

  1. Patryg, wiem, że wielbisz Rob'a dlatego zapraszam do czytania bo będę pisać opowiadanie z perspektywy siedemnastoletniego Rob'a :D na razie jest tylko prolog, ale niedługo to się zmieni :D http://now-get-out-of-my-life.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń