wtorek, 15 kwietnia 2014

Początek wszystkiego.

...
 -Halo???
 -Cześć pedale, gdzie jesteś? 
 - W drodze.
 -Coś więcej?
 -Siedzę w 6 (tramwaj), za chwilę będę na Wojska Polskiego, bo na światłach stoję.
 -O, stary, to dobrze. Bo sprawa jest i Cię potrzebuję...
 -Co znowu?
  -Bo znajomy potrzebuje towa...
  -Stary, nie mogę! Mam 51% nieobecności w szkole, muszę chodzić, grozi mi wyrzucenie, dziś nie mogę...
  -Jak to kurwa nie możesz?! Potrzebuję Cię! I masz kurwa być za 15 minut obok Biedronki. -przerwano połączenie-
 Janek wysiadł z tramwaju i przez pięć minut myślał, co zrobić. Po namyśleniu się, postanowił iść do szkoły... Ale jego plany nie wypaliły, za przejściem dla pieszych dorwał go Arek z znajomymi.
 -Oj Januś, Januś, czy ty serio po polsku nie rozumiesz?
 -A Ty?! Jak nie przyjdę do szkoły to mnie wypierdolą! ZROZUM BARANIE! -Arek popchnął Jana na ścianę budynku-
 - Słuchaj, masz dwa wyjścia, albo idziesz ze mną i sprzedamy ten towar, albo się nie zgadzasz i twoja mamusia będzie musiała Cię odwiedzić w szpitalu. Moi koledzy się już o to postarają, więc lepiej przemyśl to jeszcze raz. 
   -No dobra! - Rzucił bez zastawienia Jan - Ale to będzie szybka akcja, bo muszę być w szkole.
   -No widzisz? Można? Można! -z lekkim uśmiechem an twarzy wypowiedział Arkadiusz-
   - Ale na 9:15 mam być w szkole...
   -Dobra, kurwa nie sraj, sam Cię pod nią zawiozę.
   -Ale na pewno? 
   -Przyrzekam na swoją matkę.
   -Ale twoja matka nie żyję, sam ją zajebałeś...
   -No właśnie -W tej chwili czoło naszego bohatera zalał pot-
   -Dobra, no to jedziemy, nie ma czasu do stracenia.
Cała czwórka wsiadła w czarnego golfa IV i pojechali, ale po drodze Arek stwierdził, że jest głodny i mogliby wpaść do MC.
  -Kurwa, serio?! -wykrzyczał "lekko" poirytowany Janek-
  -Od wczoraj nic nie jadłem, więc zamknij ryj i pilnuj auta.
  -Dobra! idź, ale sprężaj ruchy!
  -Co Ty taki agresywny się zrobiłeś Janku?
  -Bo mnie wkurwiasz, napadasz mnie w drodze do szkoły, grozisz mi, a teraz idziesz do pieprzonego Magtonalda! 
  -Dobra, dobra, rozumiem... Chcesz coś? -Jan groźnie spojrzał na Arka- Nie... Dobra, nie to nie. A wy? -jeden z tych debili z tyłu machnął ręką na znak, że nie są głodni- Dobra, nie to nie, sam zjem.
 -Spierdalaj już do tego jebanego MC, czas to pieniądz! -Arek wysiadł z auta i wszedł przez drzwi, nie było go 10 minut- Wiecie, gdzie ma być wymiana? -Jan nie doczekał się odpowiedzi- Dobra, nie musicie nic mówić... (pominę to całą drogę do miejsca, w którym ma dojść do wymiany)
    Auto zatrzymało się przy wielkim starym domu, z dużym ogródkiem, basenem. Brama wjazdowa się otworzyła, auto wjechało na wielki parking z żółto-czarnych kostek ułożone w szachownice, co wyglądało dość niecodziennie... Ale kto bogatemu zabroni?!
  -Janek, wysiadamy 
  -A oni? 
  -Co, oni? Oni zostają, żeby nic nie stało się z samochodem.
  -Aaa.. Czyli, że my idziemy a Ci idioci zostają w tym gracie?
  -Kurwa, tylko nie gracie... Te auto jest ze mną odkąd zacząłem się bawić w te całe dilerowanie. I będzie ze mną aż do śmierci.
  -Jesteś popierdolony... -Jan wyszedł z golfa- Kochasz to auto bardziej niż dziewczynę...
  -Bo moja dziewczyna to kurwa i się puszcza szmata, a moje auto mnie nie zdradza. -Na przeciwko rozmawiających John'a i Arka otworzyły się wielkie białe drzwi-
  -To On? -zapytał Jan-
  -Tak, to nasz kupiec. -Z domu wyszedł staruszek z bardzo radosnym wyrazem twarzy, jego młoda dziewczyna, ubrana w strój kąpielowy i dwóch ochroniarzy-
  -Teraz Ty siedzisz cicho, a ja będę mówił -Burknął pod nosem wielki pan Diller- Jan był bardzo niespokojny, ale starał się tego nie okazywać, bo to mogłoby znaczy, że towar jest słaby... mogło to znaczyć, że coś ukrywa...
  -Wita... -Staruszek natychmiast przerwał-
  -Dobra, przejdźmy do rzeczy, bo plecy mnie bolą, a czasu nie mam. -Arkadiusz pobiegł do auta, otworzył bagażnik, wyciągnął wielką czarną reklamówkę... Chyba wiadomo co było w środku- Zapraszam do środka -powiedział-
 -Do domu -Zapytał Jan- Ale... Ale... Ja -Wzrok Arka mówił "Nie radzę odmawiać- Do domu, ok, nie ma sprawy, dobra... Do domu... -Weszli przez wielki garaż. Sam garaż był trzy razy większy niż pokój Janka, który nie ukrywał, że jest zafascynowany pomieszczeniem- Zajebisty! Też chciałbym taki mieć! -wykrzyczał podniecony jak nigdy Janek- 
 - Hahahahahahahahahahaha -Właściciel domu zaczął się śmiać- Może kiedyś się dorobisz!
 -Chciałbym -burknął Januś- 
 -Możemy przejść do wymiany -zapytał grzecznie Arek-
 -Tak, tak. Już! Zyguś, przynieś towar! -posłał jednego z goryli po... narkotyki...- Ile tam masz? Hę?
 -10 koła
 -10 koła? Mało trochę, mało...
 -No co ja poradzę, auta się nie sprzedają...
 -Darek...
 -Arek!
 -Dobra, Darek, słuchaj... Umawialiśmy się an 15 tysięcy...
 -No prawda, ale...
 -Ale...
 -No auta się słabo sprzedają.
 -Kurwa, a jak Ci nie stanie przy dziewczynie to powiesz jej, że nie jest wystarczająca na to żeby stanął Ci ten mały ptaszek?!
 -Nie...
 - Dobra, nie wkurwiaj mnie, bo jestem już zdenerwowany! -Staruszek otworzył bagażnik swojego Mercedesa, w którym była masa białych tabletek i proszku- 10 tysięcy... dwa worki aspiryny  i worek proszku do pieczenia -rzucił żartobliwie klient-
 - Dobra -Arek chyba był zawiedziony i liczył na więcej towaru- Dobra!
       Wymiana idzie całkiem nieźle, dwaj debile pojechali autem, Olaf  (tak nazwałem kolesia z wielkim garażem i ostrą laską) załadował co miał załadować do golfa, a ten kretyn Aruś dał pieniądze. Czas też był całkiem, całkiem. Miałem jeszcze godzinę do rozpoczęcia lekcji. Tak, wiec wyjechaliśmy na ulicę, gdy przed nami wyrósł radiowóz. Spanikowany Arek wycofał, ale z tyłu  była tylko zamknięta brama wjazdowa, więc spróbował wyminąć wóz policyjny, ale mu się nie udało. Zderzyliśmy się, trzeba było wyjść z auta i uciekać na pieszo, ale nie było gdzie... Jan znajdował się w dzielnicy, gdzie nie było parku, krzaków... Wszędzie tylko beton i asfalt. Ale wszyscy biegli ile tylko było sił w nogach i na ile pozwalały płuca. Ale za rogiem czaili się antyterroryści, Jan staranował jednego. Ale to na nic! Jego próbę ucieczki udaremnił paralizator. Jan padł na ziemie i zaczął się trząść, jakby dostał ataku padaczki. Obraz w ochach bohatera zaczął zanikać, czuł tylko jak ktoś zakuwa go w kajdanki i podnosi go z ziemi...


  

  

  
  
   
  

środa, 12 marca 2014

No nie wiem, może poinformuję was o moim nowym projekcie ♥.

  Zacznę od tego, że ta opowieść będzie opowiadać, o... Wiem, że się boicie, nie dziwie się, po tym co ostatnio pisałem, też bym się bał :). Ale spokojnie, będę tutaj pisał historię 19 latka, który uzależniony jest od narkotyków, no i ogólnie ma chujowe życie, zdradzić mogę tylko tyle, że tak mu utrudnię tutaj życie, że mało kto by się nie załamał.
 W tym punkcie opiszę wam naszego głównego bohatera, jest nim chłopak, ma na imię Jak, ale można mówić na niego Janek. Jak już pisałem wcześniej ma 19 lat, czyli jest w 3 klasie technikum. Janek nie uczy się dobrze, ale źle też nie jest. Jakoś ciągnie. Ale jego życie zmieniło się, gdy zaczął brać narkotyki. Popadł w nawyk przez byłą dziewczynę i najlepszego przyjaciela . Bo to wszystko było tak, że dziewczyna zerwała z nim, dla jego najlepszego kumpla, a gdy Jan się o tym dowiedział zerwał kontakty z nim i dziewczyną. Miesiąc po zerwaniu zaczął naukę w szkole średniej. Poznał tam nowych przyjaciół, ale nie tylko. Bo w tej szkole, a poszedł do szkoły Energetycznej, która słynie z narkotyków... No... rozumiecie. Po prostu byli tam dilerzy, którzy na początek zaopatrywali go w trawkę. Z biegiem czasu, trawka zmieniła się w coś mocniejszego. Reszty dowiecie się z biegiem czasu i z kolejnymi odsłonami moich wypocin ;-;...


                                                             Początek wszystkiego


 Do śmierdzącego potem, alkoholem i fajkami pokoju wchodzi mama Janka. Stojąc w progu pokoju wahała się czy wejść do środka, czy jednak zostawić Jana w spokoju. Ale ostatecznie postanowiła wejść.
-Janek, wstawaj, jest siódma rano, spóźnisz się na lekcje.
-Zamknij ryj. I daj mi spać!
-Coś ty powiedział?
-Przepraszam mamo, już wstaję, daj mi tylko jakieś dwie godzinki na ogarnięcie się.
-Co?
-Półgodziny!
-Piętnaście minut!
-Dobra, wyjdź! Mama wyszła, Janek otworzył oczy, aby upewnić się, czy nikogo nie ma w pokoju. Po czym wstał z wyra i ubierając się w pośpiechu mruczał pod nosem coś w stylu, sama kurwa sobie wstawaj o siódmej rano i sama tłucz się tym jebanym tramwajem i jebanymi autobusami, do tej pierdolonej szkoły jak jesteś taka mądra. Wyszedł z pokoju, po drodze do kibla wywalił się o kota
-Kuuuuurwa mać!
-Co się stało synu -spytał ojciec
-Ten posrany kot znów leży na środku korytarza, jak jakieś gówno. Zabić się o niego można. -wykrzyczał wkurwiony Janek.
-No to patrz pod nogi jak idziesz -odpowiedział ojciec jakby śmiejąc się z młodego.
-Sam kurwa patrz pod nogi ślepy skurwysynu - burknął pod nosem bohater idąc w stronę toalety.
-Coś powiedział?!
-Miłego dnia tatusiu! Krzyknął idąc do toalety, sam nie wiedząc czemu to powiedział. Może dlatego, że wczorajszy towar jeszcze nie przestał działać. (Pominę resztę czynności takich jak, walenie konia, mycie zębów, śniadanko, opiernicz od sąsiadki o hałasy wieczorem.)
 Nasz bohater był już w drodze do szkoły, na ostatniej prostej przed przystankiem szkolnym. Dzielił go od szkoły ten jeden przystanek. Ale zadzwonił do niego telefon, Jan odbiera go i...

niedziela, 9 marca 2014

Studio, pizza i przyjaciele - Niespodzianka!

... Tak ich słucham i zastanawiam się, czy to studio, czy psychiatryk, bo ściany są białe, mało okien, a jak jest jakieś to już z kratą. To pewnie tak w razie czego, jakby Chester miał ochotę wyskoczyć przez okno... Nie no, jaja sobie robię, Chester prędzej by je wysadził. Przypomniało mi się jak byliśmy z chłopakami na urlopie w Indiach... Co, co się dzieje?! Czemu Brad wychodzi?! I czemu zabiera moją czapkę z daszkiem, którą dostałem na urodziny od mamy?!
  - Brad! Wróć się, to moja czapka. Co ty sobie wyobrażasz?! I wychodzisz, a się ze mną nie pożegnasz. Ładnie to tak?
  - No, przepraszam stary, ale śpieszę się. Serio, nie mam czasu, później ci wytłumaczę. A, czapkę pożyczam, ale oddam. W jednym kawałku, przynajmniej się postaram!
 Kurde, to już trzecia czapka w tym tygodniu. I trzeci raz tak znika, a gdy wraca to bez czapki. Nie wiem co się z nim dzieje. Cały dzień siedzi cicho, a nagle się zrywa i wybiega. Chester, on też nie lepszy. Ostatnio pożyczył sobie ode mnie piłę łańcuchową, oddał. No, ale tępą. Nie wiem co on ciął, Beton czy znaki drogowe, bo jak oddawał nic nie powiedział. Tylko Joe i Rob sobie nie nagrabili. Oni są nawet ostatnio zbyt mili. Po tym jak Joe wysmarował mi siedzenie w samochodzie masłem orzechowym i spuścił powietrze w tylej oponie... Chyba zrozumiał, że kolejny wybryk może kosztować go życie. O, o wilku mowa! Jak zwykle, wchodzi z żarciem. Co... co on ma?! Lazania, nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłem lazanie.
  Rob: Co tam masz?
  Joe: Papu
  Chester: Papu powiadasz?!
  Rob: A ten tylko je i je. 
  Joe: Ej! Mówisz na mnie, a sam nie jesteś lepszy. Jak ostatnio byliśmy w barze mlecznym, to...
  Rob: Zamknij się! To tajemnica!
  Joe: To zjadł 10 talerzy zupy mlecznej!
  Chester: Ha! wiedziałem, że nie wytrzymasz na diecie! Cienias! Hahahahahahaha. Wyskakuj z dychy!
  Rob: Już nie żyjesz!
  Chester: Nie gadaj, tylko dawaj!
  Joe: No właśnie. I wisisz mi za burgera, co kupiłem Ci na stacji paliwowej.
  Chester: Oj, Robcio, Robcio. Ciekawe co powiesz lekarzowi.
  Rob: Nie moja wina! To jedzenie tak pachnie!
  Joe: Tak, tłumacz się.
  Ja: No właśnie, a brzuszek rośnie, powiem więcej. Ostatnio zastanawialiśmy się z Mike'iem czy nie jesteś aby w ciąży.
  Chester: Chyba z lodówką i tosterem.
  Rob: Dzięki! Wielkie dzięki!
  Joe: Nie ma za co.
Chester dostał wiadomość.
  Chester: Dziewczyny, nie zgadniecie!
  Joe: Dostałeś wiadomość?
  Chester: Skąd wiedziałeś?!
  Rob: Masz włączony dźwięk w telefonie.
  Ja: Otóż to.
  Chester: Zgadnijcie kto napisał!
  Rob: Mike?
  Chester: Nie, to wiadomość o tym, że kończy mi się ważność konta.
  Joe: Co?
  Ja: Też tego nie rozumiem.
  Chester: Dobra, macie racje. To Mike.
  Ja: No i co?!
  Chester: Pisze, że jest na zewnątrz. I, żeby Rob nic nie jadł. Bo idziemy na kolację. 
  Rob: Fajnie. Nawet Mike.
  Chester: I pisze, że mamy wszyscy wyjść na dwór.
  Joe: Po co?
  Chester: Bo kupił nową kanapę.
  Joe: No i co?
  Chester: Musimy ją jakoś wnieść?
  Rob: Czemu my?
  Ja: Ty zajmij się żarciem. A robotę zostaw nam. 
  Rob: Nie. Pomogę wam.
  Joe: Tak, i znów będziesz płakał, że bolą cię plecy?
  Rob: No bo bolą!
  Chester: Bo kurwa jesz za dużo!
  Rob: No i dobrze, przynajmniej nie jestem chudy! A tak w ogóle to dziewczyny lubią postawnych facetów.
  Joe: Przypakowanych, a nie grubych.
  Rob: Jeszcze słowo! A wsadzę Ci pałeczki tak głęboko, że wyjdą Ci nosem!
  Joe: Dobra. Przekonałeś mnie.
  Chester: To będziemy tak gadać, czy idziemy wnieść tę pieprzona kanapę? 
  Ja: No właśnie!
No to idziemy, ale coś mi nie pasuje. Bo Mike'a nie ma cały dzień, Brad wychodzi, tu coś śmierdzi, a Joe nie pierdnął. Chyba nie.
  -Joe?
  -Tak?
  -Puściłeś bąka?
  -Nie.
No, tak myślałem. Ale.. chwila... Nie! Mike, co on ze sobą przytargał?!
  Chester: Co to do cholery jest?!
  Mike: Kanapa?
  Chester: Widzę, ale co, jak, do cholery, jaki ona ma kolor!
  Mike: Różowy.
  Chester: No właśnie różowa kanapa w jakieś konie.
  Otis: Koniki.
  Chester: Koniki?!
  Mike: Koniki.
  Anna: Tak, koniki. Piękna nie prawda? 
  Chester: Czy ja coś mówię? Nie, będziemy mieli w studiu różową kanapę w koniki. Mi pasuje,a wam chłopaki?
  Joe: Mam być szczery?
  Mike: Lepiej nie.
  Joe: Bardzo ładna ta kanapa. 
  Ja: Nie, no ja powiem tak. Odlotowo, pasuje do naszego stylu gry. Ostry.. No... Wiecie?!
  Chester: Zajebi...
  Mike: Chester, Otis..
  Chester: Zajeiknsaije, kanapa jak kanapa.
  Joe: Mike, musisz być z siebie zadowolony.
  Mike: I to jak.
  Anna: Dobra, kochanie. Musimy lecieć. 
  Mike: No właśnie chłopaki, muszę lecieć. 
  Ja: Ale, dopiero.
  Anna: Kochanie...
  Mike: No, wiesz FiFi...
  Ja: Rozumiem.
Nagle wpadł Brad w przebraniu konia. Zgadnijcie... 
 Brad: O cześć Mike!
 Mike: Cześć :)
 Otis: Wujek Brad Konik!
 Brad: Fajne przebranie nie, młody?
 Otis: Tak, Zajeiknsaije.
 Anna: Chester. Zabiję Cię.
 Chester: Czyli, że! Joe. Biegnij do auta. Odpal silnik.
 Joe: Po co?
 Chester: Leć, masz kluczyki!
 Mike: Brad, mówiąc koń, miałem na myśli prawdziwego konia! 
 Brad: A, ja myślałem, że.. I, Boże.. 
 Mike: Dobra chłopaki. Brad, wyskakuj z wdzianka i pomóż wnieść wyrko do środka, a tak... Gdzie Rob?
 Ja: Chyba twoje papu już...
 Joe: Wiem. Dlatego zjadłem po drodze. 
 Mike: O co...
 Joe: Nie ważne.
 Brad: Dobra, to co wnosimy?
 Chester: To ja, może... Pójdę już do środka zrobić miejsce?
 Anna: Może, lepiej tak zrób.
 Mike: No to chłopaki, trzy... czte... ry!
Dobra, kanapa wniesiona. Ale, gdzie jest Rob, nie ważne, nie chcę wiedzieć. Już dość niespodzianek na ten dzień. 
  Mike: Fifi! Coś Ty zrobił z moją gitarą!
O cholera! Tak właśnie wygląda nasze codzienne życie, może nie tak dokładnie, ale... no. To my, cała magiczna szóstka, albo po prostu Linkin Park. 
 Mike: Czemu ta gitara, jest cała pogryziona?!

                   Koniec

sobota, 15 lutego 2014

Studio, pizza i przyjaciele.

 Minęło pięć minut a już nie ma pizzy, tylko Chester mieli ostatni kawałek hawajskiej jakby chciał na zrobić na złość. Patrzy mi się w oczy lekko uśmiechnięty delektując się jedzeniem - "mmm ale pyszne, na prawdę zajebista". Ale zauważył, że mnie to nie rusza, więc popędził na kanapę w stronę Rob'a i usiadł blisko niego - "Rob, czujesz ten zapach?! wziął gryza patrząc się mu w oczy, ale pyszna, chciało by się więcej, ale chwila ! ja mam jeszcze więcej, schowałem ostatni kawałek pod kartonami !" Chester widzi, że jesteśmy najedzeni patrzy się na nas z niedowierzaniem - "Chłopki, co jest do cholery grane ? Nikt nie chce mojego kawałka pizzy ?! Nikt ?! Brad! Rob? Dave?! Nikt! Jesteście okrutni! Bardzo źli, bardzo, bardzo! bardzo!". Tak go słucham i nachodzi mnie ochota.. odbiło mi się. Brad patrzy się na mnie tymi swoimi oczami i uśmiecha się jak zawsze. 
  - Chcesz zrobić walkę na beknięcia?
  - Nie, wiesz. Nie mam za bardzo na to ochoty.
  - Dobra, rozumiem. No ale.. weź.
 Chester się na nas patrzy ze zdziwieniem "O nie, w tym studiu trzeba zachowywać się kultularnie" Rob poprawia Chestera " Kulturalnie". Chester wykrzyczał "tak jak powiedziałem kuluralnie!". Chester. Mówisz o kulturze, a przed chwilą sam puściłeś bąka. "No taaak.. puściiłem.. aaaale.. ten bąk był soczysty i miał pozwolenie naczelnej komisji puszczania bąków w studiu nagrań". Wszyscy patrzymy się na Chestera, a on na nas.
   Ch: No co ?
   R: Przecież coś takiego nie istnieje!
   B: No brawo!
   Ja: Ej, chłopaki..
   Ch: Od teraz istnieje!
   R: Tak?
   Ch: Tak!
   R: A dlaczego niby?!
   Ch: Bo ja tak powiedziałem!
   B: Cicho!
   Ch: Brad, do cholery nie uciszaj mnie!
   R: Właśnie, nie uciszaj go!
   Ch: No właśnie, Ej, Robert, ty się ze mną zgodziłeś?
   R: Tak! Ale ta komisja nie istnieje!
   Ch: Właśnie, że ist..
   B: Zamknąć się! Dostałem wiadomość od Mike'a!
   Ja: Co pisze ?!
   B: Że musiał jechać z Anną po nową lodówkę i jechali kupić nowy samochód.
   Ch: I mi o tym nie powiedział?!
   B: Żartowałem. Po prostu pojechali kupić coś Otisowi na urodziny.
   Ch: A no właśnie, chłopaki.. miałem wam przekazać, że Mike'a nie będzie z rana i mamy zacząć bez niego, a on potem dojedzie...

sobota, 8 lutego 2014

Studio, pizza i przyjaciele - w samo południe.

 Patrzę na Chestera i widzę, że jest "lekko zdenerwowany", gasi peta o barierkę i zbiega po schodach do auta, wiem, że jak dorwie kierowcę to to nie będzie zbyt miłe, więc idę za nim.
  - Chester, wiem, że jesteś zdenerwowany.. ale możesz być delikatny 
  - Spokojnie, ja jestem spokojny!
  - Ale Chester !
Koleś od pizzy zauważył wkurzonego Chestera, a jego twarz wyglądała jakby jakby miał się popłakać. 
  - Chester, ale bez agresji.
  - Czy ja w ogóle jestem agresywny ?
  - Dobrze, ale nie musisz się na niego wydzierać!
  - Dobrze Dave, będę z nim gadać spokojnie...
 "Te panie szofer, coś pan do cholery robił przez te pieprzone 95 minut ?! Bo ja tego nie rozumiem, dzwonie po pizzę i chcę zjeść pieprzoną pizze, ale z jakiego cholernego powodu, jakiś koleś mi jej nie dowozi na pieprzony czas!" Na szczęście udało mi się wkroczyć w odpowiednim momencie.
   - Spokojnie to tylko pizza.
   - Masz rację, to tylko jebana pizza, na którą czekamy już ponad półtorej godziny.
   - Dobra, stary idź sobie zapal, a ja to załatwię. Ok ?
   - Dobra.
 No i udało mi się, jak dobrze. Dla tego chłopaka ta sytuacja była chyba czymś dziwnym, bo stoi taki zdziwiony...
   - Ile płacę ?
   - Hmm..
   - Pytam się ile płacę.
   - A.. no tak, 15 $
   - Ale chwila.. ta pizza jest zimna.
   - Ale 15 się należy...
 Wyciągam z kieszeni portfel i płacę mu te 15 zielonych. 
   - Dobra niech stracę, oby te pizze były dobre, bo mój przyjaciel się do was przejedzie, a z nim nie ma żartów.. 
   - Dobrze, to wte-wtte-wttedy, na koszt-tt-t firmy.
 Uśmiecham się do chłopaka i klepnąłem go w ramię..
  - No widzisz! Jednak mój przyjaciel nie będzie zły.
  - Mam taką nadzieję. 
 Odwracam się i słyszę tylko pisk opon, chyba go niechcący przestraszyliśmy. Ale nic przecież strasznego się nie stało, no jakby nie znał naszego Chesterka na co dzień.. Akurat Chaz skończył peta.
   - Dobra, Dave, masz tę pizzę. W końcu coś zjemy.
   - No, zjemy, zjemy.
   - A dobre to chociaż? Czy wkroili tak klapki Kubota i zrobili ciasto z kota?
   - Pachnie dobrze, wygląda też nie najgorzej. Chyba jest dobra.
   - No ja cholera myślę, nie po..
   - "Nie po to czekamy półtorej godziny, aby.. bla, bla, bla.." Tak wiem.
 Chester by nie wytrzymał jakby nie wziął kawałka, jak to on. I tak mieli ten kawałek i mieli, aż w końcu weszliśmy na schody. Wtedy wypluł zawartość ust na schody.
   - Co się stało przyjacielu ?
   - Nie wiedziałem, że to takie dobre. - Po czym zaczął się śmiać. Akurat wchodziliśmy do Studio, gdy Joe nam śmignął przed oczami.. chwilka.. cofa się.. patrzy na kartony od pizzy, i.. tak zabiera z salami. Nawet się nie pożegnał, tylko uciekł.
 Weszliśmy już do chłopaków i Chaz kładzie pizze na stół. Brad i Rob rzucili się na nie jak na pizze, tak jak to robią za zwyczaj...
  

poniedziałek, 3 lutego 2014

Studio, pizza i przyjaciele - przedpołudnie

...
Pizza, gdzie ta pizza, jak za chwilę ten dostawca nie przyjedzie z tym żarciem, to z Chesterem zrobimy coś złego. Bo to jest tak, że ludzie, którzy czynią dobro zawsze zostają pokrzywdzeni, a my jesteśmy tacy. No dobra.. wczoraj.. wyrzuciłem papierek od Marsa na ulicę, ale tylko dla tego, że nie było śmietnika blisko mnie, ale to nie jest powód aby żarcie jechało półtorej godziny. Ej, ale chwila, kto to.. to Joe, Joe przyszedł do nas, i ma sushi, chyba się podzieli.
   Ja: Joe ! Ej, Joe, chodź tu !
   Joe: Dobra, za chwile podejdę, tylko powieszę kurtkę.
   Chester: Co.. jaka kurtka, kto przyszedł ?
   Ja: Joe przyszedł.
   Chester : Aaaa, i co z tego ?
   Ja: Ma żarcie.
   Ch: Żarcie powiadasz ?!
   Rob: Czy ktoś powiedział żarcie ?
   Ch: Tak, powiedziałem powiedziałem żarcie !
   R: Pizza już przyjechała ?
   Ja: Nie, Joe przyszedł..
   R : No i co z te..
   Ch: Joe przyniósł papu
   R : Ej, Joe !
   J : Taak.. ?
   R : Będziesz jadł te sushi ? Po co ja się pytam, przecież wiem, że nie.
   J : Wiesz.. jakby Ci to powiedzieć, te sushi leżało u mnie w aucie od trzech dni.
   Ch : Ha ! Wiedziałem ! Wiedziałem, że coś z tym żarciem jest nie tak !
 Biedny Robert.. coś, tak trochę, jakby mu nie smakowało.. chwilka, przełknął.. zrobił się czerwony.. I tak, chyba za chwilę stanie się coś bardzo złego.
  Rob: Przepraszam, muszę do toalety, w trybie natychmiastowym! - no i poszedł, a raczej poszedł, a raczej.. w sumie.. nie wiedziałem, że Rob potrafi tak szybko biegać. 
  Brad: O ! Joe, cześć stary, trochę mi się przysnęło, co się stało Robertowi ?
  J: Zjadł mojej sushi.
  B: A czemu..
  J: Bo to jest tak, że jestem głodny, a on jadł moje papu.
  Ja: Czyli..
  J: Tak, to jest dobre. Przed chwilą kupiłem.
  R: Chester, otwieraj ten kibel!
  Ch : Jestem zajęty !
  R : Ale ja muszę!
  Ch: A jak myślisz do cholery, ja nie muszę, poszedłem sobie tylko tak, na spacerek? Nie ! mam pilna potrzebę !
  J: Rob, ja żartowałem, te żarcie jest świeże hahahaha !
  R: Co ! Dlaczego, jak mogłeś !
To co się stało było do przewidzenia, Rob zaczął się wydziera, Joe zachowywał bezpieczną odległość od Rob'a, Brad się z tego wszystkiego  śmiał, a Chester, wyszedł z toalety z zdziwioną miną w stylu "Co tu się do cholery dzieje". Kurde, i to wszystko tylko dlatego, że głupia pizza się spóźnia.
 Naszła mnie nagle ochota na wyjście na świeże powietrze, a Chester chyba chciał zapalić, więc się go pytam - Idziesz na zewnątrz ? Chester kiwa głową "tak". - Dobra, to czekaj założę kurtkę - Ch: "Ta, spoko". Ubieram kurtkę, wychodzimy z tego całego studia i co widzimy ? Podjeżdża nasza limuzyna z pizzą...


     
  

niedziela, 2 lutego 2014

Wstęp : Studio, pizza i przyjaciele.

Cześć, jestem David, ale koledzy mówią do mnie Dave albo Phoenix. Jestem basistą  amerykańskiego zespołu rockowego, który nosi nazwę Linkin Park. Tak się składa, że teraz jesteśmy w studiu. Z chłopakami i pracujemy nad nowym kawałkiem, do naszej nowej płyty. Ale mamy lekkie opóźnienie z powodu Mike'a. Nie wiem co się z nim stało, że się spóźnia, i chyba nie chcę wiedzieć, bo lepiej nie wnikać. "To jest Mike, tego nie zrozumiesz". A wracając do tego, że mamy opóźnienie, pozwoliłem sobie zamówić pizze z chłopakami, bo jestem głodny, a nie zapowiada się abym szybko wyszedł z tego studia, a to wszystko odpowiedzialny jest kochany Mike.
  Tak w sumie pizza powinna być już 15 minut temu, ale kierowca chyba mnie nas w dupie. I nie jestem z tego powodu zadowolony, tak jak Chester, który lata po tym studiu jak opętany krzycząc "gdzie ta cholerna pizza, ja chcę jebaną pizze" i Rob, który jest nieco bardziej delikatny "Długo jeszcze mamy czekać ?!, szybciej byłoby piechotą". Ale chwila, jest coś co mnie dziwi.. Brad, on siedzi z dziwnym uśmiechem i nas wszystkich śledzi wzrokiem... Od czasu do czasu spoglądając na ekran swojego telefonu, śmiejąc się. Ale jak pytamy o co chodzi, to on odpowiada "nie nic, nic". Co jest dosyć dziwne.. Jak już widzicie, zapowiada się ciekawy dzień w pracy...

sobota, 1 lutego 2014

Rozwinięcie cz II. i zakończenie.

...
- Ej, stary, totalnie Cię popierdoliło ?! Mogłem cie zabić ! I co w ogóle tutaj robisz ?!
- Ciii.. bądź cicho, bo nas usłyszy i zastrzeli. A jak przeżyjemy to Ci wszystko wytłumaczę. Ale teraz siedź cicho.
- Dobra, ale wytłumaczysz ?
- Tak, wytłumaczę
- Ale na pewno ?
- Tak na pewno..
- Ale nie robisz mnie w konia ?
- Słuchaj, jak się nie zamkniesz, to sam osobiście cię zatłukę !
- Dobra, już siedzę cicho.
 Po tym "powitaniu" oboje siedzieliśmy cicho przez dłuższą chwilę. Nie wiem ile czasu spędziliśmy w tych krzakach, ale fakt, że capiło w nich szczynami, to było dobijające. Bo już sam nie wiedziałem co jest gorsze, umrzeć od kulki w łeb, czy udusić się w tym smrodzie... Starałem się jakoś to ignorować, ale to nie było łatwe. Modliłem się aby mój znajomy dał sygnał do wyjścia, ale ten czas się dłużył i dłużył i dłużył, a w końcu straciłem przytomność. Obudził mnie dotyk jego dłoni, zimnej dłoni, która nie pachniała zbyt przyjemnie. Ale to, że to jego dłoń.. Ten fakt.. Po prostu zorientowałem się po dłuższej chwili bełkotania. 
 Jak już w pełni odzyskałem świadomość to powiedział " Dobra, już poszedł, możemy wyjść". Tak więc oboje wyszliśmy z tych krzaków i obraliśmy kurs na przystanek autobusowy, który był 700m dalej. Tak w sumie to biegliśmy, ale to szczegóły. Wybiegaliśmy już z uliczki, gdy zza roku wyskoczył typ z bronią, a ja wiedziałem, wiedziałem, że w życiu nie ma tak łatwo. Chyba nas nie widział, ale jakimś trafem się wywróciłem i z kieszeni wypadł mi telefon, który uderzył w metalowy śmietnik. W tej chwili nie wiedziałem czy to moja głupota, czy tylko nieszczęście. Bo ten typ się na mnie spojrzał i wyciągnął broń. Pomyślałem, ta.. fajnie, jestem taki młody i umrę, a co tam. Przynajmniej nie umrę z głodu. Już całe życie przeleciało mi przed oczami, gdy mój przyjaciel podniósł mnie z ziemi i wrzucił mnie w śmietnik, po czym chwycił i zaczął z nim biec. Klapa się zamknęła i mało widziałem, ale poczułem jakby coś uderzyło w śmietnik. A po chwili gdy otworzyłem klapę i wyjrzałem na zewnątrz zobaczyłem, że jesteśmy już daleko od tamtego miejsca. Poczułem ulgę, ale to nie trwało długo bo gitarzysta wskoczył do tego śmietnika, wiedziałem, że coś się kroi. Tylko jeszcze nie wiedziałem co, ale po chwili wszystko stało się jasne. Zobaczyłem ulicę, której kąt nachylenia stawał się coraz większy. Powiedziałem wtedy słowa " Wiesz co, ja jestem posrany, ale Ty to po prostu nie mieścisz się w granicach, a jak zginiemy to własnoręcznie cię zatłukę, uduszę, podpalę i zakopię !", on tylko uśmiechnął się i spojrzał mi w oczy, jakby miał zrobić coś co zagraża mojemu życiu. I nie myliłem się, wjechaliśmy, o ile można to tak nazwać, naszym "Bat mobilem" na ruchliwą ulicę i jeszcze na czerwonym świetle. Jakimś cudem przejechaliśmy z góry na dół bez problemu. Pan mądry nie przewidział tylko jednego, że jedziemy zbyt szybko, a w końcu skończy się nam asfalt. Wiedziałem, że ten plan był dobry, ale nie wiedziałem, że przed nami jest jeden wielki dopływ rzeki. A my kierowaliśmy się prosto do wody, ale na szczęście były tam barierki.. a, nie jednak nie, barierki musiały być stare, bo jak w nie uderzyliśmy to wraz częścią wpakowaliśmy się do wody, spadaliśmy ze skarpy moment, a i zetknięcie z wodą trwało tez sekundy i było mniej bolesne niż myślałem. Ta stalowa puszka było wytrzymalsza, niż można było się spodziewać po wyglądzie... Dalej nic nie pamiętam, bo.. odleciałem, znowu. A obudziłem się w momencie, gdy już dopływaliśmy do brzegu. Cieszyłem się ogromnie, gdy z daleka widać było przystanek tramwajowy. A dzieliła mnie od niego tylko łąka.. wtedy się zamyśliłem. Ale i to długo nie trwało, bo dobiliśmy do brzegu. Wyleciałem z tego śmietnika jak poparzony i położyłem się na ziemię. "Pan Kreatywny" podszedł do mnie i usiał obok śmiejąc się.
- No i z czego się śmiejesz ?!
- Bo to nawet zabawne..
- Tak, bardzo zabawne !
- Zależy jak na to spojrzeć.
- Dobra, nie ważne. 
- Masz rację. - Siedzieliśmy oboje przez chwilę w ciszy-

- Wiem, że grasz na gitarze. Ale nie wiem jak się nazywasz i dobrze byłoby znać twoje imię po tym co przeszliśmy. Nie uważasz ?
- Tak, masz rację. Nazywam się Brad.
- Tak więc Bradfordzie. Wiesz, musimy wpaść do jakiegoś sklepu z bielizną męską, bo stało się coś złego.
- Nie musisz nic mówić ( :D )
- I ostatnie pytanie, czemu ten koleś chciał cię zastrzelić i co się z nim zrobiłeś ?
-  To było tak, że on handluje narkotykami i postanowiłem kupić trochę tego gówna co on sprzedaje i iść z tym na policję. A co to tego co mu zrobiłem.. Wiesz, potrąciłem go naszym śmietnikiem..


Co wydarzyło się potem, to jest jasne, wróciłem do domu W JEDNYM KAWAŁKU... I  życie jakoś leci. Co do mojego znajomego i tej historii, nikomu jej nie odpowiedziałem. Postanowiłem to zachować dla siebie. Tak będzie bezpieczniej dla świata.


                                                                KONIEC

sobota, 11 stycznia 2014

Rozwinięcie. cz I

Piątek, 13.03.2000r. 

To w sumie nie było tak dawno. I nawet dobrze pamiętam to zdarzenie, jechałem 12 w stronę Gdańska Głównego. Była 20 z groszami, siedziałem gdzieś z tyłu. Głowę miałem opartą o zimną jak lód szybę, byłem w pozycji pół leżącej. Ręce i nogi miałem ciężkie, z trudem nimi poruszałem. Byłem tak zmęczony. Obserwowałem wszystko co działo się na zewnątrz, a że oczy mi się kleiły to mało co widziałem. Od czasu do czasu jakiś samochód przejechał, tu jakaś grupka ludzi przechodzi przez pasy. Kilkukrotnie nawet światła dały mi po oczach, zielony to było pół biedy, gorzej jak dawało czerwonym. Oczy bolały jak cholera. W słuchawkach leciała końcówka "Papercut".. Dojeżdżałem do Opery Bałtyckiej, gdy do tramwaju wsiadł koleś z futerałem, w której była gitara. Były z nim trzy osoby, jedna kobieta i dwóch facetów. Nie przyglądałem się im dokładnie, ale usłyszałem, ze gadali o jakimś występie. W ogóle mało słyszałem, bo rozmawiali bardzo cicho, prawie nic nie było słychać, tylko od czasu do czasu śmiech dziewczyny. Ostatnią rzeczą jaki słyszałem było, to słowa " niezłe solo", po czym zasnąłem. Po prostu nie mogłem dłużej walczyć z zmęczeniem, więc się poddałem i powieki same się zamknęły. Nie mam pojęcia jak długo spałem, ale obudził mnie maszynista tramwaju. Nie powiem, nie był zbyt delikatny. Szarpał mnie i darł się na mnie, że "znów schlany szczeniak, ten świat jest co raz bardziej popierdolony". Kiedy się zorientowałem wybiegłem z tramwaju, ale byłem w dziwnym miejscu. Postanowiłem więc spojrzeć na godzinę w telefonie, więc go odblokowałem. Była 21:09, byłem zdenerwowany i plecy mnie bolały. Te siedzenia są strasznie niewygodne. W głowie jeszcze słyszałem muzykę, ogólnie wszystko słyszałem. Łeb mnie bolał i chciało mi się pić, na szczęście obok był monopolowy, więc poszedłem kupić coś do picia i na zagrychę. Wyszedłem ze sklepu kierując się na przystanek. Ale na tablicy wyświetlona było informacja " linie tramwajów 11 i 12 zostały odwołane przez zerwanie linii energetycznych". To nie była zbyt dobra wiadomość dla mnie. W ogóle nie była dobra. Mojego humoru nie poprawiło to, że zaczęło wiać i padać. Lepiej nie mogłem trafić. Po prostu świetnie trafiłem na kurs tramwajem. Ale nie miałem czasu na denerwowanie się na siebie, gdy mama wysłała sms'a "gdzie jesteś i jak długo Cię nie będzie?", co spowodowało, że śpieszyłem się jeszcze bardziej. Ruszyłem w drogę, z muzyką, tym razem włączyłem co nie przypominało, czyli Green day. Podróż ogólnie była przyjemną, deszcz padał mi na twarz, było też zimno jaki cholera. Ale co poradzić, za swoją głupotę trzeba płacić. 
 Po jakiś 30 minutach doszedłem do czegoś co przypominało centrum miasta. Nadal padało, ale nie tak bardzo jak pół godziny temu.  Akurat bateria padła w telefonie, no i byłem bez muzyki. Wyjąłem słuchawki i usłyszałem jakąś kłótnie. Kłóciło się dwóch mężczyzn, wyraźnie ich słyszałem, byli blisko. Wychodząc zza rogu już ich widziałem, jeden zaczął wymachiwać rękoma jak opętany, pomyślałem sobie " nie odwracaj się idioto, idź prosto, to nic, to tylko dwóch kłócących się kretynów", ale się odwróciłem. Nie mogłem się powstrzymać. I w tym momencie okazało się, że pojawiłem się w złym miejscu i o złej porze. Jeden wyciągnął broń, pistolet ręczny.. I celował do drugiego. Pomyślałem wtedy " o kurwa on ma broń, to ja może sobie spierze?" i zacząłem biec, chyba mnie nie zauważył, to dobrze, dla mnie. Ale znając moje szczęście musiałem coś zrobić, więc uciekając kopnąłem puszkę po piwie. Ten typ z bronią to usłyszał, ten drugi też. Stanąłem w bezruchu z miną " no kurwa, ja pieprzę". Ten z bronią do mnie wycelował, zrobiło się w cholerę gorąco.. Nie mogłem tak stać, bo by mnie zastrzelił, no ! To, ruszyłem w stronę krzaków, nigdy tak szybko nie biegłem. I stało się to czego się najbardziej wtedy bałem, huk. Był tak głośny, że zapiszczało mi w uszach. Padłem na ziemię i przeczołgałem się w krzaki, po czym wyskoczyłem po drugiej stronie i schowałem się za murkiem. Byłem spanikowany, miałem szybki i nieregularny oddech. Ale oddech nie był zbyt głośny aby usłyszeć osobę, która biegła w moją stronę. Chwyciłem za cegłę, która leżała obok mojej ręki, miałem już uderzyć, gdy zauważyłem twarz gitarzysty, którego widziałem w  tramwaju...

piątek, 10 stycznia 2014

Wstęp.

I'm escaping from myself
And there is no rescue
I am sentenced to the defeat
Because it is illogical
It's so fucked up 


I can't hold on
Too much isn't done
And I'm like stick
So weak
And I'm blind
So I can't hold on 
I must try
Because I'm so high
And I must fight
About Myself

I'm escaping from myself
And there is no rescue
I am sentenced to the defeat
Because it is illogical
It's so fucked up 


I can't hold on
Too much isn't done
When I let my pride
Start the ride
With me I let destroy my defence line
And I say that all is fine
But I lose
And I feel blade on the skin
I can't stop it 
I can't fix it
Only way, it defeat
So, I must try
Because I'm so high
And I must fight
About Myself

I'm escaping from myself
And there is no rescue
I am sentenced to the defeat
Because it is illogical
It's so fucked up 
I'm escaping from myself
And there is no rescue
I am sentenced to the defeat
Because it is illogical
It's so fucked up 

So it's end
And this last bend ?
So what you expect
What do you thing, what I'll do?
Best way is destroy myself
But I can't ,too many  need me
So ,tell me now
Because I don't know
I can't hold on
Done
I can't hold on
End is so close



Więc tak, skoro dodałem to, to muszę coś o tym napisać. To tak:

Jak już widać tekst dotyczy mnie. Opowieść jak każda inna, tekst pospolity, niczym się nie różni, po za tym, że napisał go człowiek chory umysłowo. Pisząc to chciałem opowiedzieć coś.. czego jeszcze nie opowiedziałem, mianowicie czekam na koniec tego.. czegoś. Mam nadzieje, że ta misja dobiegnie końca :), wiem, że to brzmi jak pamiętnik psychopaty-pedofila-dzikiej sarny- drwala, ale co ja na to poradzę ;-;.

A teraz tak na poważnie.


Często ucieczka od siebie pomaga.. ale to nie działa tylko w dobrą stronę, są też złe strony tego. I tu to ukazałem. Rozpierdoliłem tyle, że łohohoh.. I ten, no... próbowałem to naprawić, ale jak zwykle, to nie na moje siły więc się poddałem.. czekając na ten koniec, czekając na koniec jak na zbawienie. Bo koniec jest zbawieniem.



"Ogłoszenia parafialne"

Z chęcią wziąłbym się za coś większego, opowiadanie.. historyjka.. coś co można by poczytać,  a gdy się by skończyło chciało się więcej i więcej. Tak więc w ten weekend postaram się coś wymyślić, a do niedzieli powinno być gotowe.

środa, 8 stycznia 2014

Cholerne oczekiwania....

No to tak.. Mamy już 2014 rok, a LP nie wydało żadnego "normalnego" albumu, to niedopuszczalne, od dwóch lat nic normalnego, tylko jakiś album remixowy. Co to jest, taki album, bez gitary i "żywej perkusji".
Ehh.. no cóż ja mogęm powiedzieć ? No to zwykłe pieprzenie, bo ten album to takie zbieranie dochodów przed czymś odlotowym. O tym, że LP pracuję nad nowym projektem wiemy od... listopada ?, no... mo...że... grudnia. No i pytanie, jak to będzie wyglądać.. Mogę się tylko domyślać, bo co innego mogę ? No ewentualnie się zesrać z ciekawości.. Ale ta druga opcja.. no.. wiecie :). Tak w ogóle, nie oglądałem żadnych wypowiedzi na temat tego projektu. Jedyne co widziałem, to wypowiedź Mike'a. I możecie mówić co chcecie, ale ja tam nie mam zamiaru niczego oglądać, bo chciałbym mieć niespodziankę. Bo co to za zabawa skoro wiemy jak to będzie wyglądać ? Jak dla mnie żadna.

No to tera druga sprawa. Czytam tak wszystkie domysły na temat nowego albumu. I z tego co wyczytałem fani chcieliby:
1) Kawałki w stylu HT i Meteora
2) Dużo gitary, perkusji, itp. itd. i srata pdfa.i taaakie tam.. -_-

i wiele innych, których nie chce mi się pisać lub nie pamiętam..

Nie mam pojęcia co ludzi tak ciągnie do tego HT i Meteory. I za cholerę nie mam pojęcia czemu to miałoby tak wyglądać, przecież jesteśmy pewni, że to nie będzie do niczego podobne. O wielu więcej nie mam zielonego pojęcia, więc nie będę się wypowiadać. Bo mogę się rypnąć... A tego byśmy nie chcieli..





niedziela, 5 stycznia 2014

By Myself.

"What do I do to ignore them behind me? 
Do I follow my instincts blindly? 
Do I hide my pride / from these bad dreams 
And give in to sad thoughts that are maddening? 
Do I / sit here and try to stand it? 
Or do I / try to catch them red-handed? 
Do I trust some and get fooled by phoniness
Or do I trust nobody and live in loneliness? 
Because I can’t hold on / when I’m stretched so thin 
I make the right moves but I’m lost within 
I put on my daily facade but then 
I just end up getting hurt again 

By myself (myself)
I ask why, but in my mind I find
I can’t rely on myself 
(Myself)
I ask why, but in my mind I find
I can’t rely on myself 

I can’t hold on 
To what I want when I’m stretched so thin
It’s all too much to take in 
I can’t hold on 
To anything watching everything spin
With thoughts of failure sinking in 

If I / turn my back I’m defenseless 
And to go blindly seems senseless 
If I hide my pride and let it all go on / then they’ll 
Take from me till everything is gone 
If I let them go I’ll be outdone 
But if I try to catch them I’ll be outrun 
If I’m killed by the questions like a cancer 
Then I’ll be buried in the silence of the answer 

By myself (myself)
I ask why, but in my mind I find
I can’t rely on myself 
(Myself)
I ask why, but in my mind I find 
I can’t rely on myself 

I can’t hold on 
To what I want when I’m stretched so thin
It’s all too much to take in 
I can’t hold on 
To anything watching everything spin
With thoughts of failure sinking in 

How do you think / I've lost so much 
I’m so afraid / I’m out of touch 
How do you expect / I will know what to do 
When all I know / is what you tell me to 

Don’t you (know) 
I can’t tell you how to make it (go) 
No matter what I do, how hard I (try) 
I can’t seem to convince myself (why) 
I’m stuck on the outside 

Don’t you (know) 
I can’t tell you how to make it (go) 
No matter what I do, how hard I (try) 
I can’t seem to convince myself (why) 
I’m stuck on the outside 

I can’t hold on 
To what I want when I’m stretched so thin 
It’s all too much to take in 
I can’t hold on 
To anything watching everything spin 
With thoughts of failure sinking in 

I can’t hold on 
To what I want when I’m stretched so thin 
It’s all too much to take in 
I can’t hold on 
To anything watching everything spin 
With thoughts of failure sinking in"



Gdybym mógł podejść do chłopaków i ich uściskać to bym to zrobił. Stworzyli coś cholernie dobrego czasem jak tego słucham to zbiera mi się na płacz. 



"If I / turn my back I’m defenseless 
And to go blindly seems senseless 
If I hide my pride and let it all go on / then they’ll 
Take from me till everything is gone 
If I let them go I’ll be outdone 
But if I try to catch them I’ll be outrun 
If I’m killed by the questions like a cancer 
Then I’ll be buried in the silence of the answer "



"How do you think / I've lost so much 
I’m so afraid / I’m out of touch 
How do you expect / I will know what to do 
When all I know / is what you tell me to "

"Don’t you (know) 
I can’t tell you how to make it (go) 
No matter what I do, how hard I (try) 
I can’t seem to convince myself (why) 
I’m stuck on the outside "



To idealnie ukazuje sytuację, w której się znajduję. Cała piosenka jest napisana o mnie. Na wiele rzeczy nie mogę czekać, boje się wielu rzeczy. Przez cały czas staram się polegać na samym sobie i to jest cholernie trudne. I udawanie kretyna mi w tym pomaga. Chciałbym napisać więcej, ale wiem, że nie mogę, bo i tak odsłoniłem zbyt wiele. 



"I can’t hold on 

To what I want when I’m stretched so thin
It’s all too much to take in 
I can’t hold on 
To anything watching everything spin
With thoughts of failure sinking in "



To jest jedyne czego się boje, porażki nie ważne jakiej. Każda to krok do pieprzonej przepaści, z której cholernie trudno wypełznąć. I to jest najgorsze, że umysł cierpi na tym najbardziej...




















Wiem, że to czytasz... szkoda tylko, że nie mogę wiedzieć kim jesteś.

sobota, 4 stycznia 2014